sobota, 15 września 2018

Jak nie pozabijać się w podróży - czy Kamowi jest łatwo ze mną wytrzymać?

Dzisiaj wpis trochę z innej beczki. Zamiast pisać o tanim podróżowaniu i ciekawych miejscach, postanowiłam poruszyć temat partnera w podróży. Podczas swoich wypraw miałam wielu kompanów - raz bliższych, raz dalszych- z nikim jednak nigdy nie przeżyłam 24 godzin non-stop na przestrzeni miesiąca. Nawet podczas Work and Travel w USA, 4-miesięcznej podróży, mało czasu spędzałam z moim bratem i koleżanką, bo każdy pracował gdzie indziej. Wielki egzamin "wzajemnej wytrzymałości" miał nadejść podczas naszej podróży poślubnej do Australii


Wcześniej niejednokrotnie wyjeżdżaliśmy razem z Kamem: ze znajomymi, rodziną, ale również sami. Nigdy nie mieliśmy problemów z wzajemną akceptacją (inaczej nie bylibyśmy teraz małżeństwem :P). Jednak codzienne życie, krótkie wyjazdy, czy wakacje w towarzystwie znajomych to nie to samo, co miesięczna podróż na drugi koniec świata. Dodatkowo, nie jechaliśmy w prawilną podróż poślubną - do luksusowych hoteli i na rajskie plaże. Nasza podróż poślubna oczywiście musiała być inna i w swoim napiętym grafiku zawierała: spanie na lotniskach, w hostelach, u obcych ludzi w domu, wizyty w dżungli, akceptację robactwa i ciągłe szukanie wyjść z zaskakujących nas sytuacji. Obawiałam się więc tego wyjazdu i tego, że po miesiącu spędzonym razem, wystawieni na tyle prób i skazani tylko na siebie, wrócimy skłóceni (i to dopiero miesiąc po ślubie).


Nie ukrywam - zdarzały się momenty cięższe. Ciężko było się porozumieć, kiedy w Nowej Zelandii mieliśmy wypożyczyć samochód i obydwoje zapomnieliśmy PINu do nowej karty kredytowej (a dwie próby na wpisanie były już wykorzystane). Czy kiedy zmęczeni przyjeżdżaliśmy nocą do nowego miasta i okazywało się, że jest za późno na transport publiczny, a nikt z nas nie pomyślał, żeby przed wyjazdem zaktualizować Ubera na australijski. W takich sytuacjach łatwo jest zrzucać winę na drugą osobę. Całe szczęście my takich sytuacji mieliśmy niewiele (tak naprawdę oprócz dwóch wyżej wymienionych nie mogę sobie przypomnieć innych). Dlaczego tak dobrze nam poszło?  Myślę, że parę poniższych rad da Wam odpowiedź :)


Dobieraj osoby podobne do siebie

Pewnie to nikogo nie zdziwi, ale w podróży ważne jest podobieństwo partnerów. Typ podróżnika nigdy nie dogada się z osobą kochającą hotele i baseny. I nie chodzi o to, że jeden sposób podróżowania jest lepszy od drugiego. Wcale nie. Każdy ma swoje przyzwyczajenia i każdemu sprawiają przyjemność inne rzeczy.  
W Australii codzienne budziliśmy się o świcie, zwiedzaliśmy przez 12/14 godzin, aby na wieczór wylądować w lokalnym pubie (pamiętając, że rano ponownie wstajemy o świcie i dalej zwiedzamy). Pod Uluru to już w ogóle spaliśmy po trzy godziny, a podczas całego pobytu w Austalii na plaży leżeliśmy tylko... raz! Nam się to podobało, ale ktoś inny popukałby się w głowę na myśl o takiej podróży poślubnej. 

Słońce na Ayers Rock dopiero wstaje - my już dawno na nogach.
Uluru! Zaspałeś!

Oczka zaspane, ale jesteśmy!

Nikt nie zostawał pospać dłużej w hotelu

Bez planu? Czy zaplanowani co do minuty?

W życiu nie wybrałabym się nigdzie bez zaplanowania! Może powiedzenie "co do minuty" to lekka przesada, ale noclegi, transport, główne atrakcje mam zawsze zaplanowane. No właśnie. Nawet dwóch aktywnych podróżników może różnić się pod kątem planowania/nieplanowania podróży: są osoby, które czytają godzinami o danym miejscu oraz osoby, które działają spontanicznie i wolą być elastyczni, bo np. pogoda może zweryfikować wszelkie plany. Ciężko się dogadać, kiedy jesteś osobą, która lubi wszystko planować, a Twój partner zwiedzać na spontanie. Doskonałym przykładem  było dwóch mężczyzn których spotkaliśmy w Australii. Razem zwiedzaliśmy Uluru i Ayers Rock. Dwóch podróżników, zwiedzili pół świata. Na pierwszy rzut oka bylibyśmy idealną ekipą. Jednak okazało się, że kiedy my już ruszaliśmy do kolejnego miejsca na mapie Australii, oni dopiero na lotnisku siedzieli i zastanawiali się z której wypożyczalni wypożyczyć samochód i czy starczy im na to pieniędzy. Chyba bym z takimi zwariowała:P
Oczywiście zdarzają się momenty, kiedy wsiadamy w samochód i zwiedzamy na spontan. Główny kierunek najczęściej mamy jednak wybrany.
"Nie mów do mnie teraz"- śmieszne, ale prawdziwe

Wiadomo, że każdy w obliczu niewygody czy stresujących sytuacji bywa czasami poirytowany i ma wszystkiego po prostu dość. Powiedzenie pani Rozenek-Majdan idealnie sprawdziło się również w naszym przypadku. Już wcześniej przed podróżą obiecaliśmy sobie, że jeśli pojawią się nerwowe sytuacje (na przykład podczas jazdy lewą stroną ulicy) po prostu się nie odzywamy i nie podgrzewamy atmosfery.  Mnie szczególnie korciło, żeby czasem powiedzieć magiczne "a nie mówiłam". Jednak powstrzymywałam się według wcześniej przyjętego założenia. Dzięki temu kryzys szybko mijał i mogliśmy bez stresu zwiedzać dalej. 

Asia nie mówi "A nie mówiłam?" Dziwne!

No... to tyle :) I aż tyle! Gwarantuję, że jeśli powyższe zastosujecie w swoich podróżach, to każde wakacje będą udane, niezależnie gdzie pojedziecie i jakie przeszkody napotkacie. A jeśli chcecie poczytać więcej o naszej podróży poślubnej, zapraszam do wpisów o Nowej Zelandii i Australii.

Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

piątek, 7 września 2018

Kanton WTF? - Jak podróżować za darmo? (no może z wymianą ;)


Kiedy dwa lata temu wracaliśmy z Tajlandii (więcej o podróży możecie przeczytać tutaj) i nie dostaliśmy wizy, by wyjść zwiedzać Dohę, obiecałam sobie, że następnym razem dobrze się przygotuję i nie stracę okazji zwiedzenia nowego miejsca na międzylądowaniu. Okazja nadarzyła się szybko, bo już następnego roku podczas podróży do Australii. Jeszcze przed kupieniem biletów przejrzałam Internet w celu znalezienia linii mającej międzylądowanie w Chinach. Ba! Nawet więcej! Zapewniającej hotel 4*, wyżywienie i transport. Taką linią była Southern China! W porównaniu z Qatarem, którym lecieliśmy do Tajlandii, ta linia nie była zbyt luksusowa. Ale czego się nie robi, by zobaczyć nowe miejsce?! Tym sposobem wylądowaliśmy w Kantonie...



Kanton miasto, w którym jeszcze na lotnisku myślisz sobie "what the f***". 

Oglądaliście "Ucho Prezesa"? Kojarzycie tę poczekalnię przed gabinetem Kaczyńskiego i wiecznie oczekujących petentów? No właśnie... to ja z Kamem czekający na wizę... Nie piętnaście minut, nie pół godziny, nawet nie godzinę, ale blisko dwie godziny zajęło nam otrzymanie wizy i wyjście z lotniska (byliśmy pasażerami tranzytowymi, mającymi bilety na poranny lot, więc wiza powinna być formalnością)! Dodatkowo nasze paszporty zostały "przestemplowane", bo nie da rady tego inaczej określić. Celnik nie poprzestał na jednej stronie, ale na kilku, a Kam nawet dostał pieczątką w twarz, to znaczy w zdjęcie na "polskiej" stronie paszportu ze wszelkimi danymi. Czy zamazywanie danych w paszporcie jest w ogóle dozwolone? Nie wydaje mi się...
W końcu się udało. Przyszedł Pan Chińczyk. Dał nam niebieskie naklejki, które musieliśmy umieścić w widocznym miejscu (na znak, że mamy wszystko opłacone), władował nas do busa i ruszyliśmy w trasę.

Pierwsze kroki w Kantonie
Długa droga do celu

Ponieważ mieliśmy tylko noc na zobaczenie Kantonu, chcieliśmy jak najszybciej zameldować się w hotelu i ruszyć na miasto. Niestety droga do hotelu zajęła nam kolejne parędziesiąt minut. Dochodziła 20:00, a ostatnie metro do domu mieliśmy o 24:00. Niewątpliwie przydało się wcześniejsze dobre przygotowanie. Hotele Southern China są w większości położone w przeciwną stronę od lotniska niż miasto. My przejrzeliśmy lokalizację wszystkich, by wybrać taki, który jest w pobliżu metra oraz blisko miasta (na kilkanaście warunek ten spełniały może dwa). Dodatkowo wydrukowaliśmy sobie podstawowe zwroty po Chińsku, bo Chińczycy zupełnie nie mówią po angielsku.


Co udało się nam zobaczyć?

Wracając do samego Kantonu (Guangzhou) - miasto to leży w południowo wschodnich Chinach i jest zamieszkiwane przez... 14 mln. ludzi ( dla porównania Warszawa nie ma więcej niż 2 mln)! Miasto jest więc ogrooooomne. Mimo dobrze rozbudowanego metra, przemieszczanie zajmuje dużo czasu.  Było już dosyć późno, więc za cel obraliśmy sobie 2 punkty: Canton Tower - najpopularniejsza wieża telewizyjna na świecie - z centrum finansowym oraz ulicę handlową Shangxiajiu.

Wieża Canton to taka trochę chińska wieża Eiffla. Powiedziałabym, że nawet trochę przebiła francuską siostrę, bo mierząc 600 m plasuje się na drugim miejscu najwyższych wież na świecie. Czym nas powitała? Magią świateł! Trwał właśnie jakiś festiwal - wszędzie pełno ludzi, muzyki, światła. Magia! Oczywiście, żeby nie było tak różowo, najpierw musieliśmy napocić się nieźle w metrze. Tak oto wygląda przejażdżka: video z innego chińskiego metra - ja byłam w podobnym tłumie:P .
Canton Tower


Centrum Finansowe nocą

Kolejnym obowiązkowym punktem miała być ulica Shangxiajiu -słynna z tanich chińskich sklepów i rozmaitego jedzenia. Specjalnie na tę okazję przygotowałam napis "poproszę bez mięsa", bo wiem, że tam różne rzeczy się wkłada do ust :P Niestety większość straganów już się zamykała, bo było późno... :( Przygotowany tekst jednak wykorzystałam na, o ironio!, wegetariańskim stoisku z tofu. Ale przynajmniej byłam pewna, że nie jem żadnego czworonoga :P Chyba...

Tak tłustego tofu jeszcze nie jadłam!

Chińskie śniadanie
No i powrót... właśnie... najbardziej szalona przejażdżka w moim życiu. Oczywiście, włócząc się po uliczkach Kantonu spóźniliśmy się na ostatnie metro! I to o dosłownie 2 minuty! Po prostu nie przewidzieliśmy, że metro zamykają 15 minut przed zamknięciem :P Dziwne te Chiny :)
Musieliśmy wynurzyć się z podziemi i zlokalizować taxówkę. Niestety, kiedy pokazywaliśmy nazwę naszego hotelu, nikt nie chciał nas tam zawieźć! I nagle podjechał do nas Pan na motorze, z deską z tyłu, oferując podwózkę. Ponieważ innych chętnych nie widzieliśmy, bez zastanowienia, usadziliśmy się na mało wygodnej desce, oczywiście bez kasków, bo Pan kasków nie miał, i ruszyliśmy w wyprawę po Kantonie. To była wyprawa! Pan oczywiście zabłądził i (nie)stety jeździliśmy z dobrych paredziesiąt minut zwiedzając pół Kantonu, pod prąd, na czerwonym świetle, ocierając się o inne samochody. Całe szczęście cali i zdrowi finalnie dotarliśmy do hotelu.

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o tej szalonej nocy w Chinach, zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku prosto z Chin :)



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: