sobota, 3 lutego 2018

Zgniłe jaja w Rotorua - jak Cebule oszczędzają w najdroższym miejscu w Nowej Zelandii

Po moim ostatnim wpisie o Nowej Zelandii (możecie znaleźć go TUTAJ) mogliście pomyśleć, że zdecydowanie odradzam ten kraj, bo nie ma tam nic ciekawego. Błąd! Nowa Zelandia posiada sporo pięknych miejsc. Do nich między innymi należy Rotorua. 
Niestety jest to miejsce, w którym za wszystko trzeba płacić. Słono płacić. Kąpiel w błocie? 100$ Kąpiel w siarce? Podobnie. Trzeba zapłacić nawet za zobaczenie gejzera czy kultury maoryskiej. Ale jak to mówią: Polacy- Cebulacy swoje metody mają (dla niewtajemniczonych Cebule to mieszkańcy Polski - cwani, chamscy, szukający wszędzie oszczędności). O ile cwanymi i chamskimi staraliśmy się z Kamem nie być, to rzeczywiście mottem naszej podróży było "byle taniej". Dlatego też dla śmiechu nazwaliśmy się Cebulakami. 

Jak sobie zatem poradziliśmy w jednym z najdroższych  miejsc w Nowej Zelandii?



Rotorua to miejsce na północnej wyspie Nowej Zelandii, słynące z geotermalnych zjawisk. Już dojeżdzając do Rotorua można poczuć silny zapach siarki przypominający zgniłe jaja. Szybko jednak można się do niego przyzwyczaić. Rotorua ma do zaproponowania wiele - kąpiele uzdrowiskowe, pokazy kultury maoryskiej, podziwianie cudów natury, których nie znajdziemy nigdzie indziej. Niestety wszystko za pieniążki.

Przewertowaliśmy z Kamilem Internet i udało się nam znaleźć sposób, żeby skorzystać z dobrodziejstw Rotorua i nie zapłacić ani centa!:) Najlepszą atrakcją dla nas były naturalne gorące źródła Kerosene Creek, ukryte gdzieś w środku lasu, znane przede wszystkim lokalsom. Dojedziemy tam wyjeżdzając z Rotorua i kierując się na Waiotapu Road (nie ma autobusu, trzeba posiadać samochód). Nawigacja powinna wskazać bez problemu. Mijamy tajemnicze jeziora po drodze i dojeżdżamy do parkingu. Tutaj zostawiamy samochód, rozbieramy się do naga i błotnistą drogą w dół kierujemy się do wodospadu. Miejsce naprawdę wyjątkowe! Błoto, które tam znajdziemy jest lecznicze i bardzo drogie - nie można go zabierać. Uwaga ślisko! Podczas dojścia do wodospadu można ładnie wywinąć orła. Źródła są cudowne nawet w trakcie deszczu i chłodu! Jedyne o czym należy pamiętać to o niezamaczaniu głowy, bo podobno znajdują się tam jakieś bakterie, które mogą wejść przez nos do głowy (nie wiem ile w tym prawdy- wolałam nie próbować).





Kolejnym wartym zobaczenia miejscem jest gejzer Pohutu Te Puia. Nie jest to sztuczny gejzer, (nie jeden z tych do których dorzuca się mydło, żeby wystrzeliły w górę np. Lady Knox) więc trzeba cierpliwie czekać na wystrzał. My czekaliśmy 45 minut, ale było warto. Niestety Ci co chcą zobaczyć gejzer z bliska muszą zapłacić 50$. Ale i tym razem dało radę obejść opłatę. Zaraz przy wejściu do gejzera znajduje się hotel. Wystarczy zajechać od tyłu budynku na parking. Stamtąd, co prawda przez płot, ale można zobaczyć gejzer w całej okazałości. I tu pewnie wielu z Was się zaśmieje, że przesadzamy i żałujemy pieniędzy na atrakcje. Szczerze? Gejzer robi wrażenie, ale za 200 zł raczej nie zrobiłby większego. 


Parking. Czekamy na wybuch gejzera
Gejzer wybucha na paręnaście metrów w górę - bez problemu widać go z daleka.
 
 

Darmowych, a ciekawych miejsc w Rotorua jest jeszcze więcej. Rotorua oferuje bardzo dużo wycieczek do miejsc założonych przez Maorysów, z pokazami tańca i atrakcjami kultury maoryskiej. Te wyjazdy również są bardzo drogie. My zdecydowaliśmy się nie szukać daleko tylko odwiedzić pobliski skansen Ohinemetu znajdujący się 10 minut od centrum Rotorua. Dawna maoryska wioska została pobudowana w tym miejscu ze względu na dostęp do jeziora oraz zjawiska geotermalne, które ułatwiały codzienne życie np. gotowanie czy kąpanie. Tutaj zdecydowanie można poczuć klimat i poczytać o rdzennych mieszkańcach Nowej Zelandii.




 
Warto wybrać się do Kuirau Park, gdzie zobaczymy różnego rodzaju geotermalne zjawiska np. bulgocące błota, parujące gorące zródła. Wejście też darmowe!

Oszczędzanie popłaca. Bez przeszukiwania Internetu i znalezienia darmowych miejsc w Rotorua wydalibyśmy dodatkowo tysiąc lub nawet dwa tysiące na osobę. Dużo. Szczególnie przy tak kosztownej wycieczce jak Australia. Dodatkowo udało nam się uniknąć dopchniętych turystami do granic możliwości wycieczek, bez konieczności rezygnowania z błotnego spa czy zobaczenia wioski maoryskiej. Cebule podróży? :P Czy pomysłowi podróżnicy?


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz