poniedziałek, 29 lutego 2016

Czego Wam nie polecam! - o parkach narodowych w USA

Dzisiejszy post będzie o tym czego Wam nie polecam. Tak trochę podchwytliwie, bo tak naprawdę będąc w Stanach nie polecam Wam zwiedzania samych miast i darowania sobie parków narodowych USA:) Zwiedzanie parków narodowych USA to najwspanialsza podróż jaką odbyłam. Coś niesamowitego! Kosmos! I jeszcze wiele innych epitetów, które mogłabym tu napisać.

Lądujemy w Las Vegas - to stąd jest nam po drodze do dużej ilości parków narodowych. Mamy dwa dni. Teraz już wiem, że to zdecydowanie za mało, żeby zobaczyć mini część tych niesamowitych miejsc w Stanach. Mimo to staramy się wykorzystać każdą sekundę. Wstajemy o świcie, pędzimy do wypożyczalni, bierzemy Vana i w drogę. Fajnie, że spotkaliśmy koleżanki z parku w którym pracowaliśmy możemy pojechać całą 7 osobową ekipą. Po początkowych trudnościach w wypożyczalniach spowodowaną jakimś krętactwem i brakiem odpowiedniego samochodu udaje się nam wyruszyć w drogę.

Nasza cudowna babska ekipa - jedyny mężczyzna robi fotę:)
Pierwszy przystanek - Zapora Hoovera. Dlaczego warto tu się zatrzymać? Oprócz tego, że można zobaczyć coś o czym zawsze czytało się w podręcznikach geografii, mieszcząca się 50 km od Las Vegas zapora naprawdę robi wrażenie. Tym bardziej, że jest ona po drodze do Wielkiego Kanionu.

Zapora Hoovera

Baby nad Zaporą
Skoro już o Wielkim Kanionie mowa. Wielu moich znajomych, których spotkałam w Stanach i którzy wcześniej byli w Wielkim Kanionie, mówili mi: "nie jedź, Kanion jest strasznie przereklamowany". My i tak zdecydowaliśmy się tam jechać. Zamarzyło się nam zobaczyć wschód słońca nad Kanionem. I tak też wyszło. Od Zapory Hoovera do Wielkiego Kanionu jest tak naprawdę 4 godzinki jazdy. Wszystko zależy od miejsca, w którym chcecie się zatrzymać, jako miejsce wypadowe do dalszych destynacji. My staraliśmy się dojechać na tyle daleko, by był i dobry widok, i trochę się wyspać i mieć jako taka bazę wypadową do Monument Valley. A spaliśmy w samochodzie, na jakimś odizolowanym parkingu w Kanionie, co przysporzyło nam również nie lada przygód.
A z czym te przygody były związane? A więc nocleg w samochodzie miał stanowić jedno-nocne zakwaterowanie. Wyszliśmy wszyscy, cała 7, do pobliskiej toalety miejskiej, żeby trochę się umyć po całym dniu. Wracamy i co widzimy? Stado łosi otacza nasz samochód i ani myśli się odsunąć. Za bardzo nie wiedzieliśmy co robić, były to prawdziwe giganty i baliśmy się, że jakakolwiek próba spłoszenia zwierząt, może się spotkać z agresją z ich strony i atakiem. Całe szczęście same się spłoszyły i po paru minutach uciekły. Szybko wbiegliśmy do samochodu, zamykając za sobą drzwi - nie tylko ze względu na łosie, ale i nieproszonych gości, gdyby ktoś próbował nas zaatakować na środku pustkowia. Łosie towarzyszyły nam całą noc, nie odstępując na krok naszego samochodu.
Obudziliśmy się jednak przed świtem i już ich nie było. Owinęliśmy się w śpiworki i ruszyliśmy na "pokaz" wchodu słońca. Widok wynagrodził wszelkie niewygody mijającej właśnie nocy.



Po zacnym wschodzie słońca ruszamy w dalszą podróż - przed nami nie lada decyzja: Monument Valley, Antelope Canyon, Zion Park? Mamy jeden dzień - zdecydować nie jest lekko. Robimy głosowanie i decydujemy-wszystko, albo nic - i po chwili startujemy do oddalonego o ponad 6 godzin Monument Valley. 
Zarówno po drodze jak i w samym Monument Valley podziwiamy nieziemskie widoczki:

W drodze do Monument Valley

Monument Valley w oddali
 


No to co teraz? Oddaleni niezły kawałek od Las Vegas, nie mający dachu nad głową na najbliższą noc, pędzimy na złamanie karku do Antelope Canyon. I kiedy po paru miejscach nawigacja pokazuje nam, że jesteśmy na miejscu, to Kanionu Antylopy ani widu, ani słychu.  Pytamy okolicznego Indianina. Okazuje się, że musimy zostawić samochód, "chwilę" poczekać i zabrać się ich pojazdami jeszcze "parę" kilometrów dalej. Musimy za to jeszcze zapłacić niemałą kwotę. Znowu głosowanie - rezygnujemy na rzecz Zion Park, który jest darmowy i blisko domu. Ja niestety nie mogę odżałować decyzji. No, ale cóż mogę zrobić? Decyduje większość. Robimy parę fot na granicy Kanionu Antylopki i ruszamy dalej.


Ku przestrodze, byście Wy nie popełnili tego błędu jakim jest przeoczenie Antylopki, załączam parę zdjęć obrazujących Kanionu Antylopy.

Source: www.flickr.com

Source: www.silverspurtours.com
Po kolejnych kilku godzinach docieramy do Zion Park. Powoli robi się zmrok. Teraz widzę, że nie powinnam żałować tego, że wybraliśmy Zion Park. Powinniśmy żałować innej rzeczy - przeznaczenia tak małej liczby dni na parki USA. 

Zion Park

Zion Park

Zion Park

Wracając do tytułu tego posta: czego Wam nie polecam? Nie polecam Wam przedkładania pobytu w Los Angeles i Las Vegas nad zwiedzanie parków narodowych USA. Nie warto tracić czasu na miejsca, nie warte naszej uwagi i przegapić coś tak niesamowitego jak parki!
Następną wyprawę do hAmeryki na pewno w dużej części poświęcę tym cudownym miejscom w Stanach :)

Share:

sobota, 20 lutego 2016

Śmierdzące sery, pyszne desery i burżujski świat - szwajcarska podróż wcale nietania

Z założenia jest to blog o tanim podróżowaniu. Dzisiaj jednak chciałabym opisać najmniej ekonomiczną podróż jaką udało mi się odbyć, mianowicie do Szwajcarii. Tak naprawdę podczas jednej podróży udało się nam zobaczyć znacznie więcej niż tylko Szwajcarię. Ponieważ nasza destynacją było Widnau pod Zurychem, to zahaczyliśmy również o cudowne niemieckie mieścinki i Lichtenstein. Mimo iż 3 dni wyniosły mnie jak na trzydniową wycieczkę naprawdę sporo to nie żałuję, że ją odbyłam.


Trasa: Szwajcaria - Lichtenstein- Niemcy
Ilość dni: 3
Ilość osób: 4
Środek transportu: samochód
Koszt: 600 PLN/osoba

Do Szwajcarii wybraliśmy się samochodem  - do znajomych. Gdyby nie zaproszenie na ich kwaterkę, (czyli darmowy nocleg), pewnie byśmy nigdy tam nie pojechali. Państwo te zawsze wydawało mi się strasznie drogie, wręcz burżujskie. No i nie pomyliłam się.
Sama Szwajcaria jest krajem strasznie ułożonym. W sklepach - ład i porządek, bez przepychanek w kolejkach. Na ulicach ludzie powoli spacerują sobie z rodzinami. Jest weekend - każdy ma prawo odpocząć po pracowitym tygodniu. I mimo iż taka sielanka mogłaby się wydawać marzeniem niejednego z nas, to na dłuższą metę jest to wkurzające. My doświadczyliśmy tego jedynie przez weekend i już zdążyliśmy się tym zmęczyć. Nawet jeśli chciałabym opowiedzieć Wam jakąś anegdotkę, śmieszną/niebezpieczną przygodę, które zazwyczaj towarzyszą mi podczas podróży, to niestety, jeżeli chodzi o Szwajcarię to nie mam czego Wam opowiedzieć, bo po prostu takiej nie ma. Doradzę za to co warto/ czego nie warto robić w Szwajcarii:

Zurych

1) Na pewno warto odwiedzić Zurych i zagubić się w malowniczych i urokliwych uliczkach tamtejszej Starówki. Tutaj podobno życie przyspiesza w tygodniu, ponieważ Zurych jest stolicą przemysłu szwajcarskiego. W weekend nie da się tego jednak odczuć.

Starówka

 2) Wybrać się na Bahnhofstrasse - czyli najdroższą ulicę w Zurychu, pełną butików, markowych sklepów z zegarkami, ubraniami i innymi rzeczami tak drogimi, że nawet się nam to nie śniło. Warto sobie powchodzić do takich sklepów i zobaczyć skalę bogactwa, którą ma do zaoferowania to miasto. Nawet nasze najdroższe polskie marki nie mogą się równać z tamtejszymi.

Bahnhofstrasse

3) Wpaść do Sprungliego na czekoladę, a raczej czekoladkę ;) 
Sprungli to najstarszy, tradycyjny szwajcarski producent czekolady. Jego wyroby są naprawdę niesamowite i warto sypnąć groszem i skusić się na choćby malutki smakołyk (prawdziwe szwajcarskie "szokolatie").

Sprungli

4) Odwiedzić pobliskie wodospady Rhinefalls - największe wodospady w Europie, zwane czasami małą Niagarą. Jest tam sporo ścieżek spacerowych, trochę pod górkę, trochę w dół. Wszędzie słychać uderzenia wody i czuć świeżą bryzę:)

Rhinefalls

5)Wybrać się do Lichtenstein'u - te małe państewko, a raczej księstwo oddalone jest tylko o 40 km od Widnau, w którym stacjnowaliśmy i 100 km od Zurychu. Warto udać się do Lichtenstein Castle - zamek zawieszony na skale, który robi niesamowite wrażenie. Jak już wdrapiemy się na wzgórze (można niestety też samochodem wjechać), zostaniemy nagrodzeni niesamowitym widokiem rozciągającym się naokoło zamku. Lichtenstein posiada również fajne uliczki w centrum "miasta - państwa". Warto tu przyjechać, by się trochę odprężyć, zwolnić tempa, wyluzować.

Lichtenstein Castle

Widok z Lichtenstein Castle

Lichtenstein Castle

Spacerem po Lichtenstein'ie


6) Ostatnim punktem, choć dla mnie najważniejszym :D, jest skosztowanie tradycyjnych śmierdzących szwajcarskich serów i pysznych czekolad. Ku naszemu zdziwieniu największy wybór tradycyjnych serów, obok targów wystawionych w małych mieścinkach, gdzie sery są naprawdę drogie, są SUPERMARKETY. Na początku byłam bardzo sceptyczna do zakupów w supermarkecie, szybko jednak się okazało, że oferują one taki sam asortyment tradycyjnych szwajcarskich wyrobów (albo nawet i większy) niż pobliskie ryneczki w zdecydowanie niższych cenach. Sery powykładane są pięknie na stoiska i o ile dacie radę wytrzymać smród wokół nich, to można przebierać godzinami :D

To tyle moich szwajcarskich wspomnień. Mimo wysokich kosztów polecam zdecydowanie ten kraj, mimo iż europejski, to posiadający zupełnie inny, sielankowy klimat niż pozostałe państwa.

Piąteczka!


Share:

środa, 10 lutego 2016

Szukanie plecaka okiem świeżaka

Jak to możliwe, że podróżując od dzieciaka nie mam jeszcze plecaka?
Całe swoje życie podróżowałam z walizką. Były różne: mniejsza, większa, walizka jako bagaż podręczny, walizka jako bagaż rejestrowany. Później to nieznośnie męczące ciągnięcie walizki po prześcigających się nierównościami chodnikach odwiedzanych destynacji. Po zeszłorocznej podróży do Maroka z mojej walizki na kółkach niewiele zostało. W sumie została sama walizka - bez kółek. No i podjęłam męską decyzję - kupuję plecak! Tylko jak się zabrać za kupno plecaka, kiedy o plecakach nic się nie wie?


Share: