środa, 6 stycznia 2016

Fez - świat z innej ... bajki?



Na wielu blogach opisywany jest jako cesarska perła Maroka. Mi Fez będzie się kojarzyć z mocnym chlastaczem w twarz przy pierwszym zetknięciu z marokańską kulturą. Czy wróciłabym tam ponownie? Z całą pewnością nie. Czy mogąc cofnąć się w czasie do planowania wyprawy do Maroka pominęłabym to miasto? Tu również odpowiedź brzmi: z całą pewnością nie. To w końcu jechać czy nie jechać? Decyzję pozostawiam Wam po przeczytaniu poniższej relacji.




Trudne Fezu początki

Ponieważ Fez to pierwszy przystanek na naszej mapie wyprawy, zaraz po wyjściu z samolotu udajemy się do kantoru i wymieniamy gotówkę. Następnie kierujemy się do lotniskowej wypożyczalni samochodów, a nasze perypetie i dylematy związane z wypożyczeniem samochodu znajdziecie tutaj.

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na transport publiczny. Przebrałyśmy się, żeby nie wzbudzać zbytnich kontrowersji i wyszliśmy z lotniska. Zaraz po przekroczeniu progu podbiegł do nas taxówkarz, który chciał nas zabrać do miasta. Jego nachalność nie była dla nas niczym niezwykłym (już wcześniej wiedzieliśmy, że rzucają się oni na turystów jak sępy). Jednak oprócz swojej nachalności zasiał w nas ziarenko niepokoju poprzez uporczywe powtarzanie, że dzisiaj żaden autobus nie kursuje. Całe szczęście wytrwale szliśmy na przód i nie rezygnowaliśmy (przystanek do Fezu jest z 10 minut piechotą od lotniska po prawej stronie ulicy, tam podjeżdża autobus nr 16 - bilety do kupienia u kierowcy). Nasza wytrwałość się opłaciła, bo już po 10 minutach przyjechał autobus i zabrał nas do miasta. Dzięki temu zapłaciliśmy 20 dirhamow zamiast 200 :) Tanioszka!

Ale to był dopiero początek naszych przygód w Fezie.

Będąc w Fezie (i ogólnie w Maroko) należy pamiętać, że znalezienie miejsca docelowego nie jest zadaniem łatwym. Po pierwsze wszelkie wyszukiwania na Google'u się nie sprawdzają - mimo iż w domu posprawdzałam interesujące mnie ulice, to na miejscu okazało się, że zupełnie nie pokrywają się one z tym co  było na Googlu. Dodatkowo nawet taksówkarze nie znają nazw ulic (mają oni swoje własne określenia) i nie dowiozą Cię oni na miejsce o ile nie znasz ich "szyfru". Co więc zrobić? Najlepiej już w hotelu/ w miejscu zakwaterowania zapytać się lokalsa jak mamy określać taksówkarzom miejsce, w którym obecnie się znajdujemy. Później pozostaje liczyć, że jakos uda się wrócić do domu :)

Po paru godzinach kręcenia się po Fezie i szukania docelowej ulicy, okazało się, że nasze lokum (zaklepane na booking.com), znajduje się w medinie. I o tym poniżej.

Medina... ciekawe miejsce do mieszkania.

Medina czyli stara dzielnica Fezu (jak i innych arabskich miast) początkowo przeraża, ale po chwili stopniowo przekonuje o swoim uroku. To właśnie tam okazało się, że będziemy mieszkać przez pierwsze 3 dni.
W drodze do naszego riadu
Nasze lokum w środku


Kiedy dotarliśmy na miejsce naszego zakwaterowania troszkę się przeraziliśmy. Otoczyli nas zewsząd napastliwi lokalsi, a dookoła plątanina uliczek. I gdzie tu iść? Całe szczęście wyszedł po nas nasz gospodarz (który był miły, ale już na początku przekręcił nas na parędziesiąt dirhamów, bo nie chciał wydać reszty za pokoje) i zabrał w miejsce docelowe. Od razu podjęliśmy decyzję, że każdorazowo będziemy wracać do domu przed zmrokiem, bo okolica rzeczywiście zdawała się niebezpieczna. 
Sama kwaterka okazała się niesamowita! W typowo arabskim klimacie, z pysznym jedzonkiem na śniadanie i typową dla Marokańczyków herbatką miętową :)





Zwiedzanie Fezu

Zwiedzanie Fezu opiera się właśnie na zwiedzaniu Mediny. Oczywiście jak tylko wyjdziecie na ulicę rzuci się na Was stado "przewodników", którzy będą chcieli Wam poopowiadać o Medinie. My początkowo się opieraliśmy - wydawało się nam, że sami doskonale damy sobie radę. Jednak już po chwili zaczęliśmy błądzić. Daliśmy za wygraną i zdecydowaliśmy się zapłacić komuś kto wie gdzie się znajduje :) Nie chcieliśmy jednak dawać pieniędzy oszustom, którzy zgarną kasę i odwalą jakąś szopkę (a nawiedzonych lub cwanych ludzi jest tam naprawdę mnóstwo!). Zaczepiliśmy jakiegoś małego chłopca, który zgodził się nam pomóc i zorganizować nam godzinną wycieczkę za jakieś grosze (teraz żałujemy, że nie daliśmy mu więcej pieniędzy, bo naprawdę warunki życia mają tam naprawdę ciężkie). Nasz 11 letni przewodnik był cudowny! Nie naciągał nas na kupowanie zbędnych rzeczy, z zaciekawieniem wypytywał o nasze Europejskie korzenie i sam również opowiadał ciekawe rzeczy. A pozostali przewodnicy zniknęli jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Poniżej znajdziecie trochę fot z naszego zwiedzania Mediny.







Czy warto zatem odwiedzić Fez?

Moim zdaniem WARTO. Mimo zetknięcia się z napastliwością tamtejszych mieszkańców, brudem i biedą, organizując ponownie wycieczkę do Maroka na pewno nie wykreśliłabym Fezu ze swojego planu podróży.
Fez jest zupełnie innym światem, znanym mi z naszego polskiego podwórka. Oczywiście dwa, trzy dni wystarczający czas na to miasto. Z ulgą wsiadłam do pociągu do Rabatu - stolicy Maroka i zostawiłam za sobą poplątane labirynty Fezu .

A trochę o Rabacie (i to nie takim sklepowym :P) już niebawem ;)


Pozdrówki!
Share:

1 komentarz:

  1. Moje pierwsze zetknięcie z Marokiem to Rabat, czyli przyjemności dawkowałam stopniowa. O ile nie było tu nachalnych przewodników i można było spokojnie zatrzymać się przy stoiskach, żeby obejrzeć oferowane produkty, o tyle było tutaj większe zainteresowanie naszą osobą, aniżeli w Marakeszu. Mimo wszystko porównując stolice z "czerwonym miastem", można stwierdzić, że to "oaza spokoju".

    OdpowiedzUsuń