niedziela, 31 stycznia 2016

Chanelki od Helenki, limuzyny Stanley'a i nieśmierdzący bezdomni. Hollywood okiem pułtuskich turystów

 

Miasto Aniołów, Hollywood, celebryci, fame i splendor. Z tym właśnie większości z nas kojarzy się zachodnie wybrzeże Ameryki. Media komercyjne wciskają naiwnym telewidzom wizję świata z bajki, rajski żywot Żon Hollywood i limuzyn Stanley'a. 
Jeszcze dużo wcześniej przed pojawieniem się "kultowych" pozycji telewizyjnych zweryfikowaliśmy jakość życia w gwiazdorskiej oprawie.

Jak jest naprawdę?

Nasz pobyt w Stanach powoli dobiegał końca. Pozostał niecały miesiąc. Trochę byliśmy już znużeni pracą w parku rozrywki, tym bardziej, że zbliżała się jesień, pojawiało się coraz mniej turystów, a cześć z naszych znajomych wróciła już do domów. Cóż zatem robić? Wchodzimy na expedia.com, rezerwujemy multiple destination ticket (Ohio -San Francisco - Los Angeles - Las Vegas- Cleveland), dzięki temu podróż samolotem wychodzi nas jakieś grosze,  zrywamy umowę z naszym amerykańskim pracodawcą i dosłownie uciekamy, dając sobie tydzień więcej na podróżowanie po Kalifornii (Robert przez tę ucieczkę miał później spore problemy i nie wiadomo czy w ogóle kiedykolwiek wróci do Stanów, ale o tej historii innym razem).

Lecimy!
Kalifornia - wiele można się po niej spodziewać - niesamowite miejsca znane z filmów, rajskie plaże i przystojni surferzy... Po cudownym, aczkolwiek chłodnym San Francisco przychodzi czas na gwiazdorskie Los Angeles. Wychodzimy z samolotu, wypożyczamy samochód i ruszamy na podbój niezwykłego świata.
Są, są, są! Są wieżowce, są palmy, jest jak w filmach!



Szybko okazuje się jednak, że to co widać na filmach nie zawsze pokrywa się z rzeczywistością. Na nasze nieszczęście rozpoczynamy bowiem od centrum Los Angeles. Pełno śmieci, smrodu i dosyć agresywnych Meksykanów, którzy na każdym kroku gwiżdżą i niebezpiecznie zbliżają się do mnie i do Justyny. Całe szczęście jest z nami Robert. Uciekamy z centrum i ruszamy na kwaterę znalezioną oczywiście na airbnb. Uff, tutaj przynajmniej jest bezpiecznie i możemy chwilę odsapnąć.

Po chwili odpoczynku, otrząsamy się po szokującym obrazie Miasta Aniołów i decydujemy się na drugie podejście - tym razem Hollywood i Beverly Hills. Po wcale niekrótkim czasie krążenia po Hollywood w celu znalezienia miejsca, w końcu  udaje się nam gdzieś zaparkować. Niestety gubimy się i nie bardzo wiemy jak dojść do Hollywood Boulevard - głównej alei Hollywood, słynnej Aleją Gwiazd (Walk of Fame). Drogę wskazuje nam przemiły mężczyzna, który jak się okazuje jest jednym z setek bezdomnych mieszkających w Hollywood (swoją drogą, zupełnie na niego nie wygląda - takie trochę Hollywoodzkie wydanie bezdomnego). Ma on sporą wiedzę i na temat Hollywood i Beverly Hills - udziela nam dużo przydatnych rad i co nas zadziwia - nie prosi wcale o pieniądze. Opowiada o swoim codziennym życiu i o życiu innych bezdomnych w Los Angeles. Niewiarygodne, że poza Ameryką mówi się tylko o gwiazdorskiej stronie Los Angeles, a zupełnie pomija fakt że, jak później doczytałam gdzieś w internecie, na ulicach Los Angeles żyje ponad 50 tysięcy bezdomnych. 50 tysięcy to tak jak Pułtusk razy dwa i jeszcze ciut.

Samo Hollywood to tak naprawdę jedna, wyżej wspomniana ulica (Hollywood Boulevard), którą warto zobaczyć. Chodnik z parędziesięcioma gwiazdami i odbiciami rąk, sporo burżujskich restauracji i kiczowate sklepy ze statuetkami Oskarów.  To tyle co mogę napisać o tym miejscu.



No dobrze to co z serialem Żony Hollywood? To jednak prawda to czy nie?
A no i prawda. Szybko okazuje się, że w niewielkiej odległości leżą obok siebie dwa kontrastujące ze sobą światy. To tutaj w Beverly Hills widzimy milionowe domy producentów filmowych i gwiazdek, najlepsze restauracje i ulubione sklepy Helenki.

Żeby nie być hejterem (zresztą sama muszę przyznać, że jak widać po zdjęciach, dosyć dobrze się bawiłam w Los Angeles) powiem: warto odwiedzić to miejsce, zobaczyć chaty, których u nas w Polsce nie mają nawet Socha czy Wojewódzki, z drugiej strony, żeby porozmawiać z bezdomnymi i na własnej skórze przekonać się, że jak Meksykanie się kłócą, to lepiej uciekać, bo zaraz wyjmą broń:P

Ja na pewno kiedyś tam jeszcze wrócę, żeby wpaść do Helenki na herbatkę i ponarzekać, że Stanley kupił słabą limuzynę ;)
Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz