czwartek, 16 listopada 2017

Cała prawda o Krainie Kangurów - czym zaskoczyła nas Australia?

Wróciliśmy! Mnóstwo widoków, pięknych miejsc i jeszcze więcej przemyśleń. Kolejne marzenie spełnione. Wyprawa do Australii zweryfikowała jednak wiele naszych założeń dotyczących tego kraju. Większości Australia kojarzy się z upałami, kangurami i pająkami. Ja również kojarzyłam Australię z tymi rzeczami. Jak jest naprawdę? Czego mogą się spodziewać osoby wybierające się do Au? Na początek parę słów prawdy i rzeczy, które nas zaskoczyły podczas tej miesięcznej podróży.
 
Marzenia się spełniają! Byłam w Australii!

PRAWDA NR1 - NIE JEST GORĄCO, przynajmniej nie w okresie wiosennym
Australia. Spakowana torba letnich rzeczy: topy, shorty, sukienki na ramiączkach... W Australii przecież jest gorąco! W końcu odpoczniemy od polskiej jesiennej pogody. Błąd! Mimo, iż pogoda w Australii jest lepsza niż w Polsce, to daleko jej od wilgotnego, gorącego klimatu chociażby Tajlandii. Dodatkowo pogoda w okresie wiosennym jest zmienna i kapryśna. Rano termometry mogą wskazywać 32 stopnie, nie oznacza to jednak, że po południu temperatura nie spadnie do 19 stopni, a słoneczne niebo nie zmieni się w burzowe chmury. Szczególnie zmienna pogoda towarzyszyła nam w Melbourne. Lokalsi mówią, że jednego dnia w Melbourne występują 4 pory roku. I to jest prawda! Rano wiatr, w południe słońce, wieczorem deszcz, by nocą znów bylo czyste niebo. Ubiór na cebulkę obowiązkowy!

Zimno?...
Nie martw się! Popołudniu może być już lepiej!
PRAWDA NR 2 - W AUSTRALII NIE MA PAJĄKÓW! No dobra, może są, ale nie spotyka się ich przy codziennych czynnościach.
Pamiętam swoje pierwsze wyjście z samolotu na lotnisku w Melbourne. Moja głowa chodziła non stop w lewo, w prawo, w górę, w dół. A wszystko to w poszukiwaniu... pająków! Wsiedliśmy do Ubera. To samo. Zwinęłam się w kłębuszek i modliłam się, żeby tylko nie wszedł na mnie pająk. Pająków jednak nigdzie nie widziałam. Prawda jest taka, że jeżeli nie wkłada się rąk w krzaki, nie chodzi po garażach, czy po dżungli to szanse na zobaczenie pająka są niewielkie.
Dlatego już po dwóch tygodniach zaczęliśmy rozpaczliwie szukać tych obrzydliwych stworzeń. Być w Australii i nie zobaczyć pająka?! No i w końcu się udało. Po całodniowej wyprawie wokół Uluru chciałam wystawić adidasy przed nasz domek. Już postawiłam je na ziemi pod scianą i wtedy go spostrzegłam! Był na ścianie, tuż nad moimi adidasami! Nie był duży, ale na pewno niespotykany w Polsce. Czy niebezpieczny? Nie wiem. Próbowałam go znaleźć w internecie. Niestety mi się nie udało.Pająk jak pająk. Nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Chwyciłam buty, porządnie je wytrzepałam i wróciłam do domku.

Taki strój towarzyszył mi tylko podczas dwóch noclegów w Cairns. Nie, by się chronić przed pająkami, ale wielkimi karaluchami, bo współmieszkańcom nie chciało się zamykać drzwi.
PRAWDA NR 3 - JEST DROGO. BARDZO DROGO.

Jeżeli byliście kiedyś w krajach skandynawskich, to tutaj, w Australii jest jeszcze drożej. Musieliśmy z Kamilem bardzo się nagimnastykować, żeby znaleźć tanie miejsca na jedzonko. Ale da się! Jeżeli nie nastawiasz się na "jedzenie na wypasie" to dasz radę przeżyć miesiąc w Australii.
My z Kamilem śniadania przygotowywaliśmy sobie sami. Prawie każde mieszkanie z Airbnb miało toster i kuchnię, w której powstawały smaczniusie tosty z masłem orzechowym. Dlaczego masło orzechowe? Było najtańsze - kosztowało około 10 zł. Gorzej było z obiadami. Nie podróżowaliśmy kamperem, nie mogliśmy podjechać na znajdujące się poza centrum miasta miejsca grillowe, by ugrillować sobie coś samemu. Szkoda nam też było czasu na powrót do mieszkania. Musieliśmy więc szukać czegoś na mieście. Dania w knajpkach to koszt 60 złotych w najtańszych miejscach. Dlatego nie lada gratką była dla nas sieć pizzerii Domino's, gdzie pizza kosztowała 5 dolarów (15 złotych) lub sushi, które też w Australii jest stosunkowo tanie. Dodatkowo przed odwiedzeniem danego miasta, szukaliśmy w Google miejsc pod hasłem:  "tanie miejsca w ...". Dzięki temu udało się nam znaleźć fajną knajpkę np. Lucky Coq'a w Melbourne, który oferował dania za 4 i 8 $! Takie miejsca to rzadkość, ale da się! :)

Hamburgery i frytki? To dla nas codzienność...
PRAWDA NR 4 - PRZYRODA AUSTRALII PODOBAŁA MI SIĘ BARDZIEJ NIŻ NOWEJ ZELANDII.
Każdy, z kim rozmawiałam przed wyjazdem do Australii zachwalał przyrodę Nowej Zelandii, twierdząc, że Australia jest piękna, ale Nowa Zelandia bije ją na głowę. Ja się z tym zupełnie nie mogę zgodzić! Dlaczego? O tym będzie zupełnie inny post;)




Mogłabym tak pisać i pisać o miejscach i rzeczach, które zaskoczyły nas w Australii. Będę jednak dawkować wiedzę, żeby Was nie zanudzić przydługimi wpisami. Może, ktoś z Was był w Australii i ma podobne czy inne odczucia? A może ktoś dołoży coś do tej listy? Dajcie znać w komentarzach ;)

Piąteczka!

Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

poniedziałek, 2 października 2017

Odwołali nam lot - jakie naprawdę mamy prawa i co powinniśmy zrobić?

Ostatnia sytuacja w Ryanair dotknęła paręset tysięcy klientów, w tym również i nas. Zdecydowałam się więc na napisanie tego wpisu, bazującego na moich doświadczeniach, a nie na artykułach, które  parafrazują słowa  EU261, a z których nie za wiele można zrozumieć.


Czytając artykuły z sieci stwierdziłam, że nie jest źle: europejskie prawo całkiem nieźle chroni konsumenta - można uzyskać ubezpieczenie od 200 do 600 Euro. Niezła sumka. W naszym przypadku był jeden problem - Ryanair poinformował nas o odwołaniu lotów 14 dni przed naszym wylotem, co oznaczało, że nas ubezpieczenie nie obejmuje. Co w tej sytuacji zrobić? Odpowiedzi na to pytanie nie mogliśmy nigdzie znaleźć. No więc zaczęliśmy działać...

"Z przykrością informuję, iż Państwa lot został anulowany, za co najmocniej przepraszam."

Tak brzmiał mail od samego Michael'a O' Leary'a. W jednej chwili myślałam, że rozniesie mnie złość i rozpacz. Loty rezerwowaliśmy już dwa miesiące temu, żeby uniknąć drogich biletów przed samym wylotem. Zarezerwowaliśmy pod te loty i transfery, i hotele. Wydaliśmy sporo kasy, żeby na spokojnie dotrzeć do Londynu i następnego dnia wyruszyć w naszą wymarzoną podróż do Australii. I teraz co? Wszystko od nowa...

Pierwsze co zdecydowałam się zrobić (i co Wy powinniście zrobić jeśli znajdziecie się w takiej sytuacji) to zadzwonić do Urzędu Lotnictwa Cywilnego (numer telefonu znajdziecie tutaj). Nawet jeśli Wasza sytuacja różni się od mojej, to Państwo w Urzędzie (bardzo mili, o dziwo!) powiedzą Wam co powinniście zrobić. Niestety ULC pracuje tylko od poniedziałku do piątku - musiałam więc czekać do poniedziałku. W międzyczasie stwierdziłam, że nie ma chwili do stracenia - trzeba rezerwować nowe loty, bo szanse, że Ryanair znajdzie alternatywę na własny koszt były znikome. Szybko przejrzałam loty na Heathrow, żeby nie wydawać pieniędzy na kolejne transfery. Niestety tak jak się spodziewałam, loty w dwie strony na ostatnią chwilę kosztowały 1600 zł (dla porównania, utracone bilety kupiliśmy za 300 zł w dwie strony).
Trzeba było wykombinować coś innego i przetransportować się do Londynu z Luton, czyli lotniska Wizzair'a. Zakup Wizzar Discount Club obniżał nam znacząco ceny. Łącznie za bilet musieliśmy zapłacić 370 zł w dwie strony. Nie jest źle. Zostały autobusy. Przekopaliśmy strony easybus, który miał nas zawieźć z lotniska do Londynu. Okazało się, że zdążymy zmienić rezerwację i zwrócą nam 50% kosztów. Poszukaliśmy godziny, godzinkę dłużej posiedzimy na lotnisku i... Finalnie dopłacić musieliśmy tylko ... 7zł! 


Wszystko dobrze się złożyło, ale co z Ryanairem zapytacie. Z samego rana w poniedziałek ponownie skontaktowałam się z ULC. Okazało się, że Ryanair "wyrobił się" i nie muszą nam płacić żadnego odszkodowania... Niestety jeżeli linie lotnicze poinformują Cię o odwołaniu lotów 14 dni przed to nie pokryją Ci straconych kosztów za hotele czy dojazdy. Miły Pan powiedział, że mogę się z Ryanairem procesować, jednak komu by się chciało? Całe szczęście ULC potwierdziło możliwość uzyskania od Ryanair pełnego zwrotu kosztów za bilet, nie w formie jakiegoś nędznego vouchera na ich loty, ale w formie w jakiej dokonywaliśmy zakupów. Formularz Ryanair'a znajdziecie tutaj. Sama procedura wypełniania formularza przebiegła bezproblemowo - zajęło mi to 30 sekund, a pieniądze mają się znaleźć na koncie w ciągu 7 dni.

 I uwaga... od Ryanaira otrzymałam jeszcze wiadomość:


Czy to oznacza że  polecimy sobie gdzieś na darmowy weekend na koszt Ryanair'a?:) Taaaaaak!!! Oby tylko lotów nie odwołali:P


Cała sprawa mimo, iż przysporzyła nam sporo stresu nawet nieźle się zakończyła.
Mam nadzieję, że u Was, jeśli spotkała Was podobna sytuacja, będzie miała podobne zakończenie.
Powodzenia!



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

wtorek, 26 września 2017

Tam na pewno nie byłeś! - czym jeszcze może zaskoczyć Londyn?

Znowu Londyn! - powiecie. No znowu, bo jest to miejsce, które zwiedziłam już wzdłuż i wszerz (o czym pisałam tutaj), a nadal nie mam go dość. Dzisiaj jednak o nieoczywistych miejscach, które warto zobaczyć. Jeżeli nie lubicie Londynu może właśnie te miejsca Was przekonają do zmiany zdania;)?

Zaczynamy od hipsteriady ;) Każde miasto ma swój Plac Zbawiciela. Takim miejscem w Londynie jest Neal's Yard. Jest to niewielka, kolorowa uliczka/ skwerek z knajpkami i kafejkami. Leży pomiędzy ulicami Shorts Gardens i Monmouth Street, a dojść do niej najlepiej od metra Covent Garden. A wszystko zaczęło się parędziesiąt lat temu od otwarcia tam sklepu... ze zdrową żywnością, warzywami i owocami (tak, tak styl FIT zaczął się w Londynie już parędziesiąt lat temu właśnie tu). Później zaczęły otwierać się kolejne "zdrowe" sklepy i kafejki. Mimo, iż ceny "zaporowe" (a porcje małe i najeść się trudno), warto iść i poczuć klimat tego miejsca, chociażby na jedno zdjęcie;).
A zaraz za rogiem, po wyjściu z Neal's Yard, ceny niższe, a i knajpki fajne ;)

Neal's Yard jest trochę ukryte - warto podpytać lokalsów gdzie dokładnie się znajduje
Neal's Yard zachwyca kolorami
Ci co czytali Harrego Pottera na pewno kojarzą Leadenhall Market. Było to miejsce blisko Dziurawego Kotła, z którego można się było dostać na ulicę Pokątną. Wyjdźmy jednak poza literacką fikcję, nie każdy musi być przecież fanem Harrego Pottera. Leadenhall Market to jeden z najstarszych marketów w Londynie. Jego początki sięgają XIV wieku. I w dodatku jest mega stylowy! Luksusowe kwiaciarnie, drogie śmierdzące sery, kubańskie cygara... wszystko co drogie i czego sobie na pewno nie kupimy, znajdziemy właśnie tu ;) Nie jest to duże miejsce, więc i czasu dużo nie trzeba. Warto zatem skrócić o kilka minut pobyt przy Tower of London i udać się właśnie na Leadenhall Market.




I na koniec powszechnie znane miejsce - Notting Hill, które ja dopiero odwiedziłam po blisko 10 razach w Londynie. Często turystom nie starcza czasu, żeby udać się do tej klimatycznej części Londynu.
Wychodzę ze stacji metra Notting Hill i bez mapy idę przed siebie. Nie wszystko jednak Notting Hill co tak nazwane - mimo iż cała dzielnica to Notting Hill, do tego najpopularniejszego punktu nie od razu udaje mi się tu trafić! Co więcej idę w zupełnie inną stronę i trafiam do Kensington Gardens! To tutaj mieszkała księżna Diana za życia i to tu zostały złożone setki kwiatów w dniu jej śmierci. Dzięki Dianie to miejsce również obecnie jest tak piękne i zadbane.  A to tylko rzut kamieniem od Hyde Parku. 

Ale, moim celem było Notting Hill. W końcu decyduję się na mapę i obieram cel wędrówki. Przechodząc Notting Hill Gate nie odnoszę pozytywnego wrażenia. Na ulicach sporo śmieci, a domki nawet w naszej dzielnicy wydawały się "bardziej" brytyjskie i jakoś ładniejsze. Już tracę nadzieję, że zobaczę te filmowe Notting Hill, jednak wtem docieram do Portobello Market. I o to są! Ten niepowtarzalny klimat, nienachalne straganiki z towarami, uśmiechnięci sprzedawcy i kolorowe domki. Naprawdę warto tu zajrzeć !

 

A może Wy zaskoczycie mnie jakimś ciekawym miejscem w Londynie? Niedługo wybieram się tam znowu i z chęcią bym zobaczyła coś nowego ;) Dajcie znać w komentarzach!
 
Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

wtorek, 22 sierpnia 2017

Jeszcze raz o Holandii - jak zorganizować wyjazd tanio. Metoda "Groningen".

Wielu z Was pytało mnie o Holandię: czy warto i czy jest tanio. Pisałam już o Amsterdamie i jego top atrakcjach (o tutaj), ale postanowiłam wrócić do tematu pod kątem wydatków oraz sposobów na obniżenie kosztów.

Tania Holandia? Odpowiedzią jest kolorowe Groningen!

"Jedziemy do Amsterdamu? Są tanie bilety!" - zapytałam ni stąd ni zowąd. Beti, dawna współlokatorka, zdecydowała się od razu -wiadomo, ta to nie usiedzi na miejscu . Kamil i Robert mieli więcej wątpliwości - bo przed nami Australia trzeba oszczędzać. Nie wiadomo też czy dostaniemy urlop w pracy. Finalnie przekonałam ich że 70 zł za lot w dwie strony (Gdańsk-Groningen) to bardzo tanio. Jedynym problemem był dojazd do Gdańska (bo lot był właśnie stamtąd) oraz transport z Groningen do Amsterdamu. Ale nie z takimi rzeczami dawałam sobie radę.
 
W Groningen wcale nie jest mniej rowerów niż w Amsterdamie

 Kupiliśmy więc bilety, a tu dzień po (zdarza mi się to nagminnie) tanie bilety z Warszawy do Amsterdamu, bez zbędnych dojazdów, straty pieniędzy i czasu. No nie...
To co zazwyczaj robię w takich sytuacjach to szukam kruczków, żeby przekonać się, że wcześniejsza decyzja była trafna. I tym razem udało się wyczyścić sobie sumienie. Okazało się że mimo, iż bilety Warszawa - Amsterdam są w dobrej
cenie, to dojazd z lotniska Amsterdam Eindhoven do centrum Amsterdamu np. autobusem Terravision to już całkiem spory wydatek (23 Euro! ~ 100 zł w jedną stronę!). Dla porównania, z Groningen do Amsterdamu zapłaciliśmy 30 zł w jedną stronę (Flixbus). Czyli robi się nam 140 zł oszczędności w dwie strony. Noclegi w Groningen również są dwa razy tańsze niż w Amsterdamie. Zatrzymując się dwie noce w Groningen, a tylko jedną w Amsterdamie można sporo zaoszczędzić i sporo zobaczyć (wyjazd z Groningen do Amsterdamu rano, nocleg w Amsterdamie, powrót do Groningen na wieczór kolejnego dnia).

Groningen jest lepszym wyborem nie tylko jeżeli chodzi o obniżenie kosztów. Groningen to fajne miejsce na krótkie zwiedzanie. Zdecydowanie różni się od Amsterdamu, ale jest nie mniej atrakcyjne! Niektórym z nas Groningen podobało się nawet bardziej niż Amsterdam! :)

Piękne jest o zachodzie słońca ...

...a nawet w pochmurne dni
Co można zobaczyć w Groningen? Przede wszystkim największy pub w Europie Drie Gezusters (Trzy siostry), najwyższą wieżę kościelną w Holandii - wieżę świętego Marcina, albo po prostu  pokręcić się bez celu po tym urokliwym miasteczku i pozachwycać się otoczeniem.

Ekipa przed melanżem w największym pubie w Europie

W środku jest parę pomieszczeń do wyboru

Plan pubu

Kolorowe Groningen
 

Mamy już tani dojazd, tanie zakwaterowanie, a co z wyżywieniem? Tak, stołowanie się w restauracjach w Holandii jest drogie. My bazowaliśmy na jedzeniu z supermarketu, kanapkach z Polski oraz... frytkach :) Frytki prawie jak w Belgii - były wszędzie! Do tego smakowały nieziemsko i były jeszcze znośne cenowo.


Mniam Mniam!
Amsterdam jest jednym z lepszych miejsc, w których byłam i mimo, że odwiedziłam je już dwa razy, zamierzam wrócić! Warto zastosować moje powyższe rady, uciułać trochę kaski i wybrać się do państwa, w którym prawie wszystko wolno ;)



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

niedziela, 25 czerwca 2017

Chicago - dlaczego Wietrzne Miasto to ulubione miejsce mojego Bliźniaka

Kiedy zapytałam mojego brata jakie jest jego ulubione miejsce w Stanach, bez wahania odpowiedział, że Chicago. Moim numerem jeden, jak zapewne większości osób odwiedzających USA, jest Nowy Jork. Dopytując dlaczego woli Chicago odpowiedział: "bo tam jest wszystko". Na początku stwierdziłam, że jest to głupia odpowiedź, ale przeglądając zdjęcia i wspominając to, co tam zwiedziliśmy doszłam do wniosku, że ma rację. W Chicago jest wszystko co turysta mógłby sobie wymarzyć.
 

Tradycyjnie nie będę wymieniać setek miejsc i atrakcji, które możecie zobaczyć, bo to możecie przeczytać w przewodnikach lub w Internecie, ale przedstawiam główne powody, dlaczego warto to miasto odwiedzić.


1.  Niesamowite widoki.
Chicago to nie tylko typowe dla Stanów wieżowce, ale cudowne widoki dzięki mieszającym się ze sobą błękitom nieba i Jeziora Michigan. Najlepsze widoki zapewnią nam tarasy widokowe Willis Tower (dawniej Sear's Tower). Nie są to zwykłe tarasy, ale tarasy ze szkła! Niektórym mrożą krew w żyłach, tym bardziej, że jakiś czas temu jeden z tarasów pękł i pojawiła się na nim pajęczyna. Niby się nie zarwał, ale takie zdarzenie zawsze pozostawia uczucie strachu.


Widoki z Willis Tower


Ja i mój bliźniak na szklanym tarasie.
2. Różnorodność architektury sprawia, że to miasto ma klimat

Znowu zacznę tym samym zdaniem: Chicago to nie tylko typowe dla Stanów wieżowce, ale też klimatyczne dworce, szerokie place, urokliwe uliczki "pocięte'' rzeką Chicago i wymyślne pomniki. Moja ulubiona rzeźba to ta dosyć nowa, znajdująca się niedaleko Parku Milenijnego, potocznie zwana "The Bean" (Fasolka), a tak naprawdę The Cloud Gate czyli Brama Nieba. Z zamierzenia miała symbolizować rtęć, tylko mało osób o tym wie, kojarząc ją właśnie z fasolką.






3) Zieleń i spokój oraz bulwary
Rzeka Chicago i odcinające się od miasta bulwary z wieżowcami w tle tworzą niesamowity klimat. Nie słychać tutaj zgiełku miasta, nie widać jego pędu. Czujemy się jakby w zupełnie innym mieście. Najlepiej przejść się po bulwarach przy zachodzi słońca, kiedy promienie odbijają się i w wieżowcach i w wodzie.



Chicago ma jeszcze jedną wielką zaletę. Jest to centrum północnych Stanów i może stanowić świetną bazę wypadową do miejsc takich jak: park rozrywki Cedar Point czy Detroit, o którym pisałam tutaj. 

Mimo, iż moim  numerem 1 w USA wciąż pozostaje Nowy Jork to zdecydowanie polecam również Chicago - podczas naszego pobytu nie było aż tak wietrznie:)




Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: