czwartek, 24 maja 2018

O nurkowaniu na Wielkiej Rafie Koralowej - jak omal nie zemdlałam pod wodą

Z rafą koralową miałam styczność już nie pierwszy raz. Wcześniej zdarzało mi się snorkellingować (pływać z rurką) na przykład w Tajlandii. Wielka Rafa Koralowa zawsze wydawała mi się czymś niesamowitym, jednym z Cudów Świata. Był to więc obowiązkowy punkt programu, którego nie mogłam odpuścić. Jeszcze w Polsce przeszukałam najciemniejsze zakątki Internetu, żeby znaleźć najlepszą i najtańszą opcję, która gwarantowała cały dzień atrakcji i nie posiadała ukrytych kruczków (sporo ofert nie wliczało posiłków, wypożyczenia sprzętu itp). W końcu się udało! Wykupiliśmy wycieczkę, a na miejscu musieliśmy  już tylko znaleźć odpowiednią łajbę :P


Wielka Rafa Koralowa nie znajduje się przy brzegu któregoś z australijskich miast, ale na Wielką Rafę Koralową trzeba oczywiście dopłynąć. My wybraliśmy wyprawę z Cairns. Był to super punkt postojowy ze względu na bliskość lotniska, a także innych atrakcji np. dżungli, o której możecie przeczytać TUTAJ.


W drodze na Rafę

...ciągle w drodze. Rafa jest oddalona od Cairns
Wszystkie wyprawy wyruszają z portu w Cairns, ale dzięki dobrym oznaczeniom stanowisk nie mieliśmy  problemu, żeby znaleźć naszą łódź. Już na wejściu otrzymaliśmy stos papierów do podpisania: że jesteśmy sprawni, świadomi ryzyka i na własną odpowiedzialność schodzimy pod wodę. Muszę przyznać że ten stos papierów trochę mnie przeraził. Zaczęłam się zastanawiać czy to całe nurkowanie nie zagraża naszemu życiu. Jak się później okazało, takie wyprawy nurkowe nie do końca są legalne (i stąd też pewnie zabezpieczające papiery). Przed jakimkolwiek zejściem pod wodę powinniśmy odbyć kilkugodzinne szkolenie. Te nasze trwało 20, no może 25 minut, podczas rejsu łódką. Niemniej jednak wtedy o tym nie wiedzieliśmy.

Spoglądam na Rafę


Podczas  wyprawy świetnie się bawiliśmy

Cała wyprawa była bardzo fajna. Nasi przewodnicy byli bardzo towarzyscy i co chwila częstowali nas jedzeniem i piciem oraz opowiadali zabawne historie o życiu w Australii. W końcu dopłynęliśmy na docelową łódź. Tak, tak... na docelową. Z naszej małej motorówki musieliśmy się przesiąść na olbrzymią łódź, która była zacumowana w konkretnym punkcie. Każde biuro podróży zajmujące się organizacją takich wypraw, miało swój kawałek Rafy tylko tam uczestnicy danej wyprawy mogli nurkować. Otrzymaliśmy pianki, butlę, płetwy i ostatnie instrukcje jak należy zachowywać się pod wodą wodzie. Szczerze powiedziawszy te 20 minut teoretycznych lekcji było dla mnie  niewystarczające, by mieć pełną świadomość jak należy zachowywać się w wodzie. Dodatkowo nasz przewodnik już zajmował się pierwszymi śmiałkami wskakującymi do wody. Całe szczęście na dużej łodzi spotkaliśmy polską parę, która już w nurkowaniu była zaprawiona, i która poinstruowała nas jak należy oddychać oraz zachowywać się na Rafie. 

W oczekiwaniu na swoją kolej...uśmiech trochę nerwowy

Zdjęcie zrobione podczas snorkellingu. Ok 1 metr głębokości...

...na nurkowanie aparatu zabrać nie mogliśmy

Instruktor sprowadzał nas pojedynczo i w końcu przyszła moja kolej. Z lekką niepewnością popłynęłam w dół na głębokość dwóch może trzech metrów na belkę, przyczepioną linami do naszego statku. Tam mieliśmy odbyć kolejną część szkolenia, czyli zaprzyjaźnić się z głębokością. Po sprawdzeniu czy sprawnie oddycham pod wodą i czy wszystko ze mną jest OK, przewodnik chciał  mnie zostawić, by popłynąć po kolejną osobę. No i tu zaczęły się schody. O ile z oddychaniem nie miałam problemu, o tyle z otaczającą mnie głębią już tak. Za nic nie chciałam puścić przewodnika na górę, pokazując znakami, ze nie jestem gotowa. Zdałam sobie jednak sprawę, że jeżeli nie popłynie na górę po resztę (w tym po Kamila) to cały czas, który mieliśmy na kurs przepadnie. W końcu pokazałam okejkę i przewodnik popłynął na górę. Zostałam na belce. Świat zaczął wirować mi przed oczami, nie słyszałam nic oprócz swoich głośnych oddechów regulowanych sprzętem tlenowym. Pulsowała mi głowa i miałam wrażenie, że za chwilę zemdleję. W tej krótkiej chwili zaczęłam się nawet zastanawiać czy jak zemdleję to zacznę spadać w dół czy jednak nie do końca wypompowane powietrze w butli (wybaczcie brak profesjonalnego nurkowego słownictwa) uniesie mnie do góry a może zostanę w miejscu? Kiedy było już naprawdę źle, spojrzałam w lewą stronę. Z tego wszystkiego zapomniałam, że przede mną w dół spłynął jeszcze jeden kursant. Rozpaczliwie, jak psychopatka, zaczęłam się mu przyglądać, bo widok innej osoby obok mnie podtrzymywał mnie na duchu. Uspokoiłam się w momencie, kiedy pojawił się instruktor z Kamilem. Teraz czułam się już jak ryba (Korpopirania) w wodzie hehe :P. Byłam gotowa na zejście niżej!  Kiedy cała czwórka uczestników wpłynęła na belkę i wszyscy przyzwyczailiśmy się do wody, instruktor pokazał że schodzimy niżej (mieliśmy zejść maksymalnie na 15 metrów). 


To ja czy Kam? Sami już nie wiemy :P
 

Tak naprawdę dopiero teraz zaczęłam podziwiać otaczający mnie świat - kolorowe rybki i nieznane wcześniej rośliny. Jedyną uciążliwością były co chwila zatykające się uszy. Ale na to nasi instruktorzy mieli świetny sposób - dmuchnąć z całych sił zatkanym nosem. Niestety kolejnym dowodem prowizorki całego kursu była sytuacja, w której jeden z naszych arabskich znajomych  nie potrafił pływać z płetwami, a nasz instruktor zamiast go zawrócić, chwycił za tył butli i ciągnął jeszcze niżej.  Jednak dzięki temu i nasz przyjaciel był w stanie zobaczyć podwodny świat :P.


Po około pół godziny wypłynęliśmy na powierzchnię. Kurs się zakończył. Nasza wycieczka jednak trwała dalej. Przez kolejne kilka godzin mogliśmy podziwiać podwodny świat za pomocą  rurki (snorkelling). Snorkelling jednak nie zrobił na nas wrażenia. Rybki, które pływały tuż pod powierzchnią wody nie były tak kolorowe jak chociażby te w Tajlandii... szkoda.  

Legalna czy nie, cała wyprawa i kurs nurkowania bardzo nam się podobały.  Szkoda tylko, że go-pro nie pozwolili zabrać pod wodę.. Wiadomo ... uwiecznilibyśmy te wszystkie nieprawidłowości



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!


https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

niedziela, 6 maja 2018

Magia na środku pustyni - Uluru i Kata Tjuta

W każdym kraju jest takie miejsce, którego ominięcie jest grzechem. Do takich miejsc należy Park Narodowy Uluru-Kata Tjuta. Jedni są nim zachwyceni, inni uważają, że nie ma co się pchać tyle kilometrów na środek pustyni, żeby zobaczyć leżącą skałę. My jednak musieliśmy przekonać się na własne oczy i nie zawiedliśmy się!


Uluru (Ayers Rock) to monolit, czyli pojedynczy twór skalny (obecnie naukowcy spierają się czy rzeczywiście Uluru jest monolitem) na środku Australii, popularny dzięki swojej umiejętności odbijania światła słonecznego. Dzięki temu zachwyca różnorodnością barw podczas wschodów i zachodów słońca. Jest to również święta skała Aborygenów, gdzie nie tylko oddawali kult swoim bóstwom, ale również wiedli żywot i chowali się przed zwierzętami. Kusi swoim kształtem wielu turystów, którzy mimo nieoficjalnego zakazu, próbują się na nią wspiąć. Niestety dla niektórych kończy się to śmiercią.

Zachmurzone Uluru i tak robi niesamowite wrażenie
Monolit jest bardzo zróżnicowany w swojej strukturze. W takich grotach mieszkali Aborygeni.

Wejście na Uluru. O ironio! Zakazują wspinania, a szlaki budują.

Kata Tjuta (The Olgas) to sąsiadki Uluru. Nazwa oznacza "wiele głów". Również i te formacje skalne są święte dla Aborygenów. Dawniej odbywały się tu aborygeńskie ceremonie czy kary na złoczyńcach np. za zbrodnie przeciw kobietom. 
Ziemia obiecana? Prawie! To Kata Tjuta.
Mimo odległości i ceny warto włączyć ten punkt w plan zwiedzania Australii. A drogo tu  jak choler* (mimo, iż komfort pozostawia wiele do życzenia). My na miejsce docieramy promocyjnymi lotami linii Jetstar (warto posiadać członkostwo w klubie). Wybór noclegu nie jest zbyt skomplikowany. Tutejszy kurort Ayers Rock Resort ma monopol na noclegi. Można sobie wybrać opcję spania, ale nawet ta najtańsza jest droga. My decydujemy się na pokój czteroosobowy - prawie najtańszą opcję. Zresztą w pokoju i tak za wiele się nie przebywa, bo z samego rana wyjeżdżamy na wschód słońca, a wieczorem na zachód.  Najlepszą opcją na zwiedzanie jest wypożyczenie samochodu. Trzeba to zrobić z wyprzedzeniem, bo tu na miejscu już wszystko zarezerwowane. Nam do kompletu udaje się zgarnąć dwóch nieznajomych Polski, którzy szybko stają się naszymi znajomymi i udają w każdą podróż:) 

Punkty widokowe pod Uluru - inne na wschód i inne na zachód słońca

Krajobraz wokół Uluru nie zawsze jest pustynny. 

10 kilometrów wokół góry z czasem zaczyna się dłużyć...

...zupełnie inaczej jest na Kata Tjuta. Tu widoki co chwilę zachwycają.

Z samego rana jeszcze nie było tak gorąco - szlaki Kata Tjuta
Niestety/stety pogoda nam nie sprzyja. Słońce jest za chmurami i wschód słońca nie za bardzo się udaje. Jest to niezwykłe zjawisko, bo codziennie leje się tu żar z nieba. Mogłoby się wydawać, że mamy pecha. A tu wręcz przeciwnie! Dzięki takiej pogodzie ("tylko 32 stopnie") udaje się nam przejść szlak Kata Tjuta (który jest zamykany podczas upałów) oraz 10 km trasę wokół Uluru! Mnie urzekło Kata Tjuta. Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w życiu. Dech zapiera szczególnie po wejściu na szczyt.

Na sam koniec powiem, że na Uluru warto poświęcić 3 dni - przyjechać z samego rana pierwszego dnia, spędzić kolejny dzień na wędrówce i wyjechać 3 dnia . Dzięki temu nawet jeśli pierwszego dnia nie uda się nam zobaczyć wschodu słońca, uda się kolejnego :)


Zdjęcia powyżej zostały zrobione o 5:00 rano. Jeszcze chłodno, za chwilę miało być 40 stopni :) 
Podczas wyprawy do Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta nie wypoczęliśmy. Codzienne pobudki o 3:30, powroty z zachodów słońca... to dawało ok 3/4 godzin snu. Jak na miesiąc miodowy to mało:P My jednak nie żałujemy ani jednej nieprzespanej minuty. 



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

środa, 11 kwietnia 2018

Nieoczywiste atrakcje Wrocławia

Nie znam chyba osoby, która była we Wrocławiu i nie zachwyciła się tym miastem. Lista atrakcji jest naprawdę dluga: Rynek, Ostrów Tumski, zoo, Panorama Racławicka...  Ja spacerując po Wrocławiu postanowiłam poszukać tych nieoczywistych miejsc, o których nie piszą w przewodnikach. Muszę przyznać że nie zawiodłam się! Udało mi się odkryć parę dobrze ukrytych perełek Wrocławia.



1) Biskupin

Nie, nie chodzi o tą znaną osadę w Biskupinie, chociaż słysząc pierwszy raz tę nazwę przyszło mi to na myśl. Biskupin to również dzielnica Wrocławia. Łatwo do niej dotrzeć, bo znajduje się na pętli tramwajowej nr 2. Jeżeli Londyńczycy mają swoje Notting Hill,  to Wrocławianie mają właśnie swój Biskupin. Wąskie uliczki i urokliwe domki nie są mniej atrakcyjne niż te brytyjskie. 




2) Murale na Roosevelta i Jedności Narodowej

Kto by pomyślał, że szare bezpłciowe kamienice będą skrywać w podwórzu magię jaką są kolorowe murale namalowane przez mieszkańców osiedla? Właśnie taką sztukę znajdziemy na skrzyżowaniu Roosevelta i Jedności Narodowej. Wystarczy wejść przez bramę i przenieść się do kolorowego świata. A wszystko zaczęło się od Ośrodka Kulturalnej Animacji Podwórkowej (OKAP). Zaprosili oni mieszkańców kamienicy do udziału w warsztatach malarskich, garncarskich i wszelkiego rodzaju sztuki. Okazało się, że mieszkańcy mają niezwykle talenty i z chęcią wykorzystają je do odmienienia otaczającej ich szarej rzeczywistości. I tak na ścianach pojawiła się Frida Kahlo, Munch, malowidła egipskie, ale także słynne Polki czy ukochany klub piłkarski. Niesamowite, że udało się namalować takie dzieła sztuki na ścianie kamienicy!






3) Podwórko przy Kościuszki

Wrocław ewidentnie lubi skrywać swoje perełki wewnątrz osiedli, bo kolejna atrakcja również była schowana w podwórzu kamienicy. Chodzi o podwórko przy ulicy Kościuszki 160. Dostać się na podwórze nie jest tak łatwo, bo wejście blokowane jest przez domofon. Trzeba więc czekać, aż pojawi się jakiś mieszkaniec i otworzy drzwi. W środku znajdziemy lustro położone na podłodze. Dlaczego? Dziedziniec kamienicy jest tak mały, że mieszkańcy kamienicy nie byli w stanie zobaczyć nieba nad głowami. Ulżyć ich cierpieniu postanowiła artystka Joanna Piaścik z projektem "Świetlik". W lustrze położonym na ziemi bez problemu można zobaczyć niebo - o ile oczywiście lustro jest czyste;)



4) Stare Jatki

To miejsce jest pewnie znane większości z Was, ale muszę o nim napisać, bo bardzo mnie urzekło. Stare Jatki czyli mała uliczka znajdująca się w pobliżu Rynku imponuje wystawami z dziełami sztuki i talentem miejskich artystów. Dawniej była to ulica ze sklepami rzeźniczymi. Stąd też na końcu uliczki znajdziemy pomnik ku czci zwierząt rzeźnych. Mnie, mimo, iż sama nie jem mięsa,  rzeźba trochę rozśmieszyła:) Uliczka klimatyczna, warto odwiedzić! 




Zdecydowanie warto było się oddalić od turystycznych szlaków. Jestem pewna, że Wrocław posiada więcej takich ciekawych miejsc "do odkrycia"  Jeśli takowe znacie, dajcie znać, a na pewno postaram się do nich dotrzeć będąc kolejny raz we Wrocławiu.


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

sobota, 17 marca 2018

Jak przemierzyliśmy Mordor w ekstremalnych warunkach - Tongariro Alpine Crossing


To co poddajemy się? Wertujemy szybko blogi, fora, prosimy o rady. Mimo to nie wiemy co robić. Za oknem leje. Ile czasu jesteśmy w stanie przetrwać przy takiej pogodzie? Z drugiej strony przejechaliśmy pół Nowej Zelandii, żeby zobaczyć jedną z najpiękniejszych tras trekkingowych na świecie. Jeśli nie spróbujemy, będziemy żałować do końca życia. Decyzja zapada - IDZIEMY! Najwyżej zawrócimy. I tym sposobem podjęliśmy wyzwanie rzucone nam przez Tongariro Alpine Crossing.


Tongariro Alpine Crossing to 20 km szlak turystyczny położony na terenie wulkanicznym w Parku Narodowym Tongariro. Składa się z trzech aktywnych wulkanów  Ruapehu,  Ngauruhoe i Tongariro.Swoją popularność zawdzięcza niesamowitym widokom oraz szmaragdowym jeziorom. Nas przywitał księżycowym krajobrazem i chmurami.  Ale, ale! Nie żałujemy, bo dzięki temu mogliśmy wczuć się w klimat Saurona, orków i hobbitów. Bo Tongariro Alpine Crossing  to znany wszystkim z Władcy Pierścieni MOOOORDOOOR!:)


Początek trasy - jeszcze się uśmiechamy, bo nie wiemy co nas czeka

Podjeżdżamy samochodem pod wejście główne. Trasa zaczyna się i kończy w różnych  miejscach. Zazwyczaj pod szlak podwożą specjalne (wcale nie tanie!) busiki. Tego dnia z powodu pogody nie było szans na zorganizowany bus. Podejmujemy decyzję, że jedziemy własnym samochodem, zaparkujemy pod wejściem, przemierzymy tylko część trasy i zawrócimy. Parę tygodni wcześniej wprowadzono nową zasadę w parku - samochód nie może być pozostawiony na parkingu dłużej niż 4 godziny. W przeciwnym razie trzeba zapłacić dotkliwą karę. Nie mamy dużo czasu. Ruszamy szybkim krokiem w tajemniczą krainę.



Początek nie jest zły. Szlak wita nas delikatną mżawką. Mamy nadzieję, że się uspokoi. Optymizmem nie napawają też tablice, które mijamy po drodze o specjalnym przygotowaniu do szlaku i niebezpieczeństwie wybuchu wulkanu. Ostatni taki wybuch miał miejsce w 2012 roku. Czytamy ostrożnie wskazówki jak należy postępować w przypadku wybuchu i ruszamy dalej, modląc się, żeby dzisiaj nie zachciało mu się wybuchać;) 
Otaczający nas krajobraz jest naprawdę tajemniczy - ostre, ciemne kamienie, dzika roślinność, bulgoczące źródła, unosząca się mgła i... co najważniejsze zero ludzi wokół. Mamy szczęście - podobno w słoneczne dni szlak jest zawalony turystami, którzy gęsiego zmierzają pod górę. Ciężko w takich warunkach cieszyć się z wędrówki.





 
 Wyżej robi się już tylko ciekawiej. Podejście pod krater jest dla nas nie lada wyzwaniem. Robi się stromo, jesteśmy zatopieni w gęstych chmurach. Deszcz chlapie z każdej strony. Udaje się nam jednak dotrzeć na szczyt. Na górze widoczność spada do zera. Dodatkowo wiatr jest tak silny, że prawie zwiewa Kama robiącego zdjęcia. Podejmujemy decyzję o powrocie. Zdrowie i życie najważniejsze.

Jesteśmy na górze! Zawracamy z powodu ciężkich warunków.

Nie dajcie się zwieść płaskiemu terenowi. To zdjęcie również było robione wysoko - kilka metrów poniżej pierwszego szczytu.

Czy to mogło być jedno ze szmaragdowych jezior?

Kam walczący z wiatrem :P
Powrót nie należy do najłatwiejszych. W butach pełno wody, twarze też zalane deszczem. Całe szczęście kurtki i spodnie Scandiout zdały egzamin i skutecznie chroniły nas przez okropną pogodą. Końcówka wędrówki to była już istna walka o życie. Mimo tego, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu daliśmy radę dotrzeć do samochodu. W samą porę! Właśnie nadjeżdżali strażnicy, gotowi do wypisania mandatu za przekroczony o kilka minut czas! Całe szczęście byliśmy już przy samochodzie!

Dobrze będziemy wspominać ten dzień! Mimo chmur, deszczu i gradu takich księżycowych krajobrazów długo nie zapomnimy! To co następnym razem prawdziwy księżyc? :P


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: