czwartek, 6 lutego 2020

Czy niemowlę lata za darmo - jak to jest z tymi liniami lotniczymi?

Kiedy byłam jeszcze w ciąży i planowałam gdzie to ja nie polecę jak urodzę, słyszałam parę razy, że podróżowanie z dzieckiem jest fajne, bo do drugiego roku niemowlę lata za darmo. Stwierdziłam, że dobra nasza, jak tylko Jasiek ogarnie życie po tej stronie brzucha, wsiadamy do samolotu i lecimy. Przejrzałam warunki w kilku liniach lotniczych i szybko okazało się, że latanie z Jaśkiem wcale nie będzie tak tanie jak myślałam, a przynajmniej, że nie będzie darmowe. Postanowiłam podzielić się z Wami moim "riserczem", żeby przyszłym lub obecnym mamusiom i tatusiom łatwiej było znaleźć swój wymarzony lot. Przeanalizowałam loty z Warszawy do Mediolanu i z powrotem, dla jednej osoby z dzieckiem, bez bagażu rejestrowanego, czas - przełom marca i kwietnia.


Wizzair

Opłata za niemowlaka (wiek od 14 dni do dwóch lat):  35 - 119 zł w jedną stronę.

Łącznie za malucha płacicie 187 złotych. Sporo.
Jak widzicie, fakt, że lecicie z niemowlakiem, które siedzi Wam na kolanach nie robi dużej różnicy... płaci niewiele mniej niż Wy za swój bilet. Równie dobrze można zarezerwować oddzielne miejsce i wieźć dziecko wygodnie w foteliku samochodowym (o ile Wasz fotelik posiada zasuwkę do pasa bezpieczeństwa).

To co oferuje Wizzair podczas podróży z dzieckiem, to możliwość wejścia na pokład poza kolejką (2 osoby dorosłe na jednego malucha), dodatkowy bagaż o wymiarach 40x30x20 oraz składaną spacerówkę lub małe łóżeczko. Jednak to jest standard w niemalże wszystkich liniach lotniczych.

No dobrze, sprawdźmy jak wyglądają włoskie wakacje z dzieckiem u bezpośredniej konkurencji Wizzaira.

Ryanair

Opłata za niemowlaka (wiek od 7 dni do 23 miesiąca): 20 Euro w jedną stronę.  
A więc po przeliczeniu oferta wygląda tak:





Tak, dobrze widzicie! 240 zł za niemowlę za "komfort" lecenia Ryanairem! I co nam po tych mega promocjach, które reklamuje linia! Nie pociesza nawet fakt, że osoba podróżująca z niemowlakiem może zabrać dodatkowo torbę do 5kg. Należy też pamiętać, że np. w Warszawie trzeba jeszcze z maluchem dojechać do Modlina, co generuje dodatkowe koszty i przede wszystkim... wydłuża czas podróży. Słabo również prezentuje się godzina lądowania na lotnisku w Modlinie - 0:50! Z dzieckiem to jakaś masakra!

LOT

No i na koniec linia najbardziej komfortowa z całego mojego zestawienia, którą wielu z Was na pewno by pominęła, z obawy przed zbyt wysokimi cenami. A tu proszę, taka niespodzianka.

Opłata za niemowlaka (do 2 roku życia): Na każdej trasie otrzymujemy 90% zniżki od wartości taryfy normalnej.


Za dziecko płacimy tylko 20 zł w totalu!  To sprawia, że podróż LOTem jest naprawdę atrakcyjna. Tak naprawdę płacimy tylko za siebie. Mimo, iż Lot uchodzi za drogą linię (przynajmniej w porównaniu do Wizzaira i Ryanaira), da się upolować bilety w okolicach 200-300 zł. Jadąc z niemowlakiem możemy zabrać też dodatkowy bagaż do 8kg. Dodatkowo na pokładzie otrzymamy przekąski i napoje.

W przedstawionym zestawieniu LOT wychodzi niewiele drożej, jednak ulgi dla dzieci ma najwyższe, a warunki podróży najbardziej komfortowe. Warto zatem przy planowaniu swoich podróży sprawdzać też LOT, bo istnieją trasy, na których podróż wychodzi atrakcyjniej niż tanimi liniami (szczególnie jeśli musielibyśmy wybrać się specjalnie do Katowic czy Krakowa, żeby polecieć np.Wizzairem do Czarnogóry - tu w koszty musielibyśmy wliczyć  nocleg i dojazd do tych miejscowości).

I najważniejsze!


Dzięki tej analizie przygotowanej dla Was nabyłam cieplutkie jeszcze bileciki na podróż dla nas! :):) Niedługo ruszamy w pierwszą samolotową podróż z Jaśkiem. Nie, nie do Mediolanu...Gdzie? Śledźcie uważnie bloga ;) To będzie wyjazd petarda! :D

Piąteczka!


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

wtorek, 13 sierpnia 2019

Czego nie powiedzą Wam blogerzy - cała prawda o korpopirańskich podróżach.

W dzisiejszych czasach wszystko musi być perfekcyjne. Udany wyjazd, piękne widoki, jeszcze piękniejsze zdjęcia przerobione w Photoshopie.  Czasami ciężko się połapać co jest prawdą, a co tylko światem stworzonym przez blogera. No to dzisiaj wpis ujawniający kulisy podróży Korpopiranii :D Mimo, iż zazwyczaj staram się pokazywać prawdziwe sytuacje i nawet moje zdjęcia na blogu nie są poprzerabiane, to jednak jest chyba parę historii, których Wam nie opowiedziałam :)
No to zaczynamy!


Kąpiel... z kupą słoni (i to dosłownie)


Sanktuarium dla słoni - karmienie, kąpiel, zabawa. Będąc w Tajlandii "MUST DO" nie do ominięcia. My również ten punkt programu włączyliśmy do naszej wyprawy. W tym celu specjalnie wybraliśmy się do Chiang Mai, ostrożnie sprawdzając w sieci ośrodki dla zwierząt, żeby wybrać ten najbardziej przyjazny zwierzętom. Teraz mogliśmy się stać prawdziwymi opiekunami i poczuć się jak rodowici Tajlandczycy! Karmienie? Prościzna! Słonie wprost wyjadają Ci banany z ręki. Kąpiel? Też wydawała się lekka i przyjemna. Dostaliśmy specjalnie oprzyrządowanie w postaci szczotek i wiaderek, po czym weszliśmy ze słoniami do jeziorka. Początkowo szło nam bardzo dobrze. Uśmiechy zeszły  z naszych twarzy, kiedy słonie jeden po drugim zaczęły wypuszczać drugą stroną bananki, które chwilę wcześniej skonsumowały... nie wiedzieliśmy co robić. Zaczęliśmy odskakiwać na boki, ale i tak na wiele to się nie zdało... kupy po chwili były wszędzie. Dobrze, że na nogach mieliśmy specjalne gumowe buty na jeżowce, które chroniły nasze stopy przed grząskim dnem, które wcale nie było błotem. No cóż... o takich przygodach nikt nie pisał  w przewodnikach :P Mimo to, byliśmy zadowoleni z tego dnia i z opieki nad słoniami. Głupio to zabrzmi, ale polecam ;)

Karmienie szło dobrze, nawet bardzo dobrze

Zabawom nie było do końca

Do sprawy podeszliśmy poważnie... za chwilę zrobiło się jeszcze bardziej poważnie

Zbytnio się jednak nie przejmowaliśmy - robiliśmy swoje

"Ekstremalna" przejażdżka na wielbłądach 

Któż z nas czytając "Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy" nie marzył o przejechaniu się na wielbłądzie po gorącej pustyni? My na pewno marzyliśmy. Będąc w Maroko przyjrzeliśmy się szczegółowo ofertom tamtejszych lokalnych "biur podróży" organizujących wyprawy na pustynię. Wyprawa musiała uwzględniać oczywiście przejazd po pustyni na wielbłądzie. Każdy, kto ze mną podróżuje, wie, że nie spocznę dopóki nie obejrzę wszystkich ofert i nie znajdę najtańszej opcji. W Maroko dodatkowo do najtańszej opcji donegocjowaliśmy wyprawę na wielbłądach! "Ale okazja" - krzyczeliśmy uradowani. Jako jedyni z całej grupy mogliśmy przejechać się na wielbłądach i jeszcze zapłaciliśmy taniej niż inni! My to jednak jesteśmy! Mistrzowie podróży! 
Zdziwiliśmy się, gdy bus zatrzymał się co prawda w jakimś opustoszałym i gorącym miejscu, ale daleko mu było do piasków pustyni jakie były obecne w naszych głowach.
Wszyscy wyszli z busa i schowali się w jego cieniu, a nasza czwórka ruszyła w kierunku przywiązanych niedaleko wielbłądów. "Hmmm czy Ci ludzie przy busach będą na nas cały czas czekać?" - pomyślałam, ale długo się nie zastanawiając wskoczyłam na wielbłąda i ruszyłam w niezapomnianą wyprawę. Jakie było moje zdziwienie, gdy na wielbłądzie zrobiliśmy jedno okrążenie wokół pola, po czym kazano nam zejść ze zwierząt! "To już? To koniec przejażdżki?". Okazało się, że tak :( Jeśli chcemy na prawdziwą wyprawę to musimy wykupić nocleg na pustyni i dodatkowo zapłacić. Cóż z tych Marokańczyków to nieźli kombinatorzy... Ale co się odwlecze to... kiedyś jeszcze udamy się na prawdziwą wyprawę na pustynię... nie tylko po kole jak w cyrku. Więcej o Maroko poczytacie tu.
Jeszcze zadowolona przed przejażdżką. Nieświadoma jaka niespodzianka na mnie czeka.

Ruszamy w niezapomnianą podróż...

Przed nami niezapomniane widoki!
Podczas, gdy rzeczywistość wygląda tak: minutowa przejażdżka i oczekujący pod busem inni uczestnicy wycieczki.

Uwaga na plaże!

I na koniec coś co w sumie powinno być oczywiste, ale w wielu przypadkach nie jest, czyli jak oszukują nas katalogi i zdjęcia influencerów: czyściutka woda, bezludne plaże - po prostu raj na ziemi. W rzeczywistości, kiedy docieramy na miejsce, okazuje się, że rajskie plaże to tylko chwyt marketingowy... Liderami takich oszustw są moim zdaniem Tajlandia i Malta. Plaże tam są w większości zatłoczone i brudne - Tajlandia (sprawka turystów) albo zatłoczone i umieszczone np. między hotelami lub sklepami - Malta. Czy to oznacza, że od tych miejsc powinniśmy trzymać się z daleka? Oczywiście, że nie! W tych krajach też znajdują się fajne miejsca. Trzeba tylko poszukać odpowiednich miejsc zawczasu, żeby na miejscu nie mieć nieprzyjemnej niespodzianki.
Więcej o Malcie tutaj.

Tajlandia - Ko Phi Phi - zdjęcia w katalogach najczęściej wyglądają tak jak powyżej

albo tak
W rzeczywistości:

Rzeczywistość?

Rzeczywistość!
No i czas na Maltę i tamtejszą Niebieską Lagunę - Blue Lagoon:

Pustki? No niezupełnie...

Po odwróceniu aparatu widać tłumy nawet w wyższych partiach plaży

Tu już się prawie nie mieszczą ;)

Tak właśnie wygląda podróżowanie :) Tanie loty i niemalże brak granic dają olbrzymie możliwości. W dzisiejszych czasach każdy może podróżować i publikować niesamowite zdjęcia z podróży. Co więcej, można nie być w danym miejscu, a i tak wkleić się do zdjęcia, no bo kto nas tak naprawdę sprawdzi? :) Liczy się to, co w sieci oraz liczba serduszek pod zdjęciem :)
Żeby znać prawdę i wiedzieć co i jak śledźcie Korpopiranię, tutaj zawsze znajdziecie rzetelne informacje ;) A jeśli plaża wyda się Wam za pusta lub moje wakacje zbyt piękne, wiedzcie, że majstrowałam przy zdjęciach. Heheh zarcik!

Piąteczka!


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

czwartek, 14 marca 2019

Wjazd na chatę do obcych - dlaczego warto spać u nieznajomych?


Dzisiejszy wpis będzie odpowiedzią na pytanie, które często mi zadajecie przed swoimi podróżami czyli: Gdzie najlepiej nocować podczas podróży. Przez te wszystkie lata spałam w najróżniejszych miejscach - od hotelu pięciogwiazdkowego do podłogi na lotnisku. Z całą pewnością mogę jednak powiedzieć że najbardziej lubię spać u obcych ludzi! Dzięki temu mogę poznać kulturę i codzienne życie mieszkańców danego kraju. Uświadomiłam to sobie podczas pobytu w Tajlandii. Nocując w całkiem niezłych hotelach stwierdziłam, że czegoś mi w tym wyjeździe brakowało. Zbyt dużo luksusu a zbyt mało obcowania z tajską kulturą. 


Zastanawiacie się pewnie czy nie jest mi głupio nocować u obcych? Oczywiście nocleg u zupełnie nieznanych ludzi wiąże się z pewnym dyskomfortem. Musisz uważać, żeby swoim zachowaniem nie urazić gospodarza, czy prowadzić konwersację nawet jeśli nie masz na to ochoty. Trafiają się też różni gospodarze. Jedni dołączają do ciebie przy śniadaniu, kolacji i obiedzie, omawiając twój dzień i opowiadając o najciekawszych zabytkach miasta. Inni zamykają się w swoich pokojach i widzisz ich tylko przy odbieraniu i zdawaniu kluczy. By być świadomą jakiego gospodarza mogę się spodziewać zawsze czytam o nich opinie pozostawione przez innych turystów. A gdzie szukam takich noclegów? Na znanych przez wszystkich serwisach takich jak: Airbnb, Cuchsurfing i Booking (tak, tak na Bookingu nie ma tylko hoteli, ale bardzo często również prywatne kwatery u lokalsów).
Poniżej przedstawiam Wam zestawienie najfajniejszych miejsc i najsympatyczniejszych ludzi u jakich udało mi się zatrzymać.

Fez - pierwsze liźnięcie marokańskiej kultury



Z jednej strony muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej ekstremalnych okolic na nocleg w  jakich udało mi się być. Z drugiej strony, kiedy udotarliśmy bezpiecznie do celu, była to jedna z najbardziej niesamowitych kwater jakie zobaczyłam w życiu 
Dlaczego ekstremalne? Ci co byli w Fezie (więcej przeczytacie tutaj) wiedzą jak specyficznym miejscem jest fezka Medyna. Średniowieczny labirynt 9 tysięcy uliczek i zabytkowych budynków zachwyca, ale i przeraża. A raczej przerażają ludzie jacy się po niej kręcą. Obłąkani lub udający obłąkanych przyklejają się do ciebie i udają że oprowadzają cię po Medynie, oczekując w zamian pieniędzy. Nie należy to do przyjemności. Nasze zakwaterowanie znajdowało się  właśnie przy Starym Mieście, od razu za jego bramą i to jeszcze w ciemnych i ciasnych uliczkach. Kiedy dotarliśmy tam po raz pierwszy stwierdziliśmy, że musimy wracać na kwaterę przed zmrokiem. Po prostu baliśmy się stojących  w bramach Marokańczyków, bo tak naprawdę jeżeli coś by się stało, nie mielibyśmy nawet gdzie uciekać. Nie mogliśmy nawet trafić do tego miejsca - musiał przyjść po nas gospodarz, a my sypaliśmy okruszki chleba, żeby później znaleźć wyjście;). 

Gdzieś tutaj skręcało się do naszej kwatery

Trochę rozmazane, bo zrobione trzęsącą się ręką - nasza droga do "domu"
Kiedy dotarliśmy i weszliśmy do środka, opadły nam szczęki. Widok, który zastaliśmy przypominał  ten z baśni tysiąca i jednej nocy. Na środku pomieszczenia stała palma, a nad nami nie było prawie sufitu - był tylko taki prowizoryczny. Nasza komnata, bo nie można tego określić inaczej, była za wielkimi  drzwiami. Wewnątrz znajdowało się tylko jedno łóżko - kanapa, która rozciągała się wzdłuż każdej ze ścian.  

Zapraszam do komnaty



Rano czekało na nas niesamowite marokańskie śniadanie, którego tak naprawdę nawet się nie spodziewaliśmy. Otrzymaliśmy chleb, jajka, dżem, a także marokańską miętową herbatę. Wszystko to za darmo! I niech mi ktoś powie, że Marokańczycy nie są gościnni! Myślę, że swoją gościnnością dorównują nawet Polakom :)




SZCZĘSLIWY DOM w Melbourne




Jeżeli jakiś dom może przebić kolorami naszą kwaterę z Fezu, to bez wątpienia byłby to dom, w którym spaliśmy w Melbourne. Oczywiście był on kolorowy w zupełnie inny sposób niż domy w Maroko.  Kolorowe były ściany, kolorowe były obrazy a najbardziej kolorowi byli ludzie, którzy tam mieszkali. Właściciele, wyznający filozofię permanentnego szczęścia i artystycznego nieładu, nazywali go Szczęśliwym Domem, a o nas dbali, żebyśmy byli naprawdę szczęśliwi. Codziennie serwowali nam swoje owocowe wyroby, zabawiali rozmową, doradzali, a na każde nasze zmartwienie i pytanie odpowiadali popularnym w Australii "No worries".




W labiryncie kamienic USA

Mimo, iż to miejsce nie było może nadzwyczajne pod względem noclegu (spaliśmy bowiem na materacu w pustym pokoju), to jednak postanowiłam opisać tę przygodę ze względu na pomoc w kryzysowej sytuacji jaką otrzymaliśmy od gospodarza. Ostatnią noc w Stanach mieliśmy spędzić w Cleveland. Po rozrywkowym Las Vegas nie mieliśmy już pieniędzy na dosyć drogie w tej części Stanów hotele, a wszelkie hostele były zarezerwowane. Nasza przyszłość nie była więc różowa. Napisałam do kilkudziesięciu osób na Couchsurfingu (darmowy nocleg u ludzi),  jednak nikt nie zaproponował noclegu. Dopiero po wylądowaniu w Cleveland odezwał się do nas pewien mężczyzna i zaproponował pomoc. Uradowani ruszyliśmy pod podany adres i tu zaczęły się schody... Nasz gospodarz okazał się dosyć specyficznym człowiekiem, który postanowił się z nami pobawić. Nie podał nam pełnego adresu (brakowało numeru mieszkania). Nie wiadomo dlaczego chciał, żebyśmy sami znaleźli jego mieszkanie. Zaczęliśmy pukać do setki  mieszkań znajdujących się w kamienicy. Natrafialiśmy na przemiłe staruszki, ale też na  typowych koksów, na których najczęściej trafiałam ja. W końcu znaleźliśmy właściciela, który oczywiście nie wytłumaczył się jaki cel miała ta zabawa. Najważniejsze jednak, że mieliśmy gdzie spać, a pan jako jedyny nam pomógł. 


Marrakech - nocleg z religijnymi rozmowami 




Wracamy do gościnnego Maroka. Mimo, iż miejsce nie było za czyste, a w pokoju stał prysznic i toaleta :P,  to jednak znowu spotkaliśmy się z nadzwyczajną gościnnością. Nasz gospodarz był bardzo interesującym człowiekiem. Uwielbiał rozmawiać przy typowej marokańskiej herbatce o różnych kulturach nie narzucając swojej swojej religii. Wymieniliśmy wiele rozmów o różnicach pomiędzy islamem, a katolicyzmem oraz o tym co jest tak naprawdę napisane w Koranie.  Oczywiście, w międzyczasie, jak to Marokańczyk, próbował sprzedać nam jedną ze swoich wycieczek. Nie był jednak tak nachalny jak inni spotykani na mieście. Wiedząc że nie chcemy z nim nigdzie wyjechać, dał nam spokój.





Długo bym mogła tak pisać: o mieszkaniu u Anglików, Szkotów czy Czechów. Tylko po co Was zanudzać jak możecie przeżyć to sami :) Najważniejsze w tym wszystkim tak naprawdę nie są kwatery, ale gospodarze, którzy w nich mieszkają.
Dajcie znać jeśli spaliście u jakiś ciekawych ludzi i wśród interesujących kultur;)


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

sobota, 16 lutego 2019

Najpiękniejsza trasa świata? Czy na pewno? Great Ocean Road i Dwunastu Apostołów.

Dzisiaj postanowiłam wrócić na moment do Australii i napisać o wychwalanej przez wszystkich, "najpiękniejszej trasie widokowej świata", czyli Great Ocean Road i Dwunastu Apostołach.
Great Ocean Road to trasa położona w południowo - zachodniej części Australii. Liczy 243 km. Według historii została zbudowana przez żołnierzy wracających do domu po I Wojnie Światowej w hołdzie poległym kolegom. Miała ona również służyć jako połączenie z zachodnią, mało zaludnioną częścią Australii, do której wcześniej można było dotrzeć tylko drogą morską. 

Wjazd na Great Ocean Road
Ze względu na krótki jak na Australię pobyt (tylko miesiąc), zdecydowaliśmy się przemierzyć odcinek Melbourne - Dwunastu Apostołów, który łącznie z dojazdem do początkowego punktu Drogi mierzył 275 km w jedną stronę. Na trasie jest sporo ładnych widoków i atrakcji. Warto więc zaplanować ten odcinek na dwa dni lub, tak jak my, wypożyczyć samochód z samego rana i liczyć się z późnym powrotem. Mimo licznych zawijasów trasa nie jest niebezpieczna (jeśli opanowało się ruch lewostronny;). Całe szczęście Kamilowi nauka poszła szybko i prowadził jak urodzony Australijczyk :)





Jedyną rzeczą, która nam nie dopisała była pogoda. Marzyło mi się piękne słońce i błękitne niebo, a niestety trafiliśmy na szare chmury :( Nawet na zdjęciach poniżej panuje iście mroczny klimat. Może dlatego samą trasą nie jestem aż tak zachwycona. Ładna, ale widziałam ładniejsze, chociażby w Czarnogórze, czy Stanach. 


 

Na pewno wielką atrakcją na trasie są koale i papugi, ale nie w jakimś ośrodku czy w klatkach, ale dzikie, żyjące na wolności! To było naprawdę niesamowite doświadczenie! Koalki zwinięte w śmieszne, puchate kulki wyglądały naprawdę rozkosznie, a jedna nawet się przebudziła i mogliśmy oglądać spektakularne przejście z jednej gałęzi na drugą:) Do papug mam mieszane uczucia. Z jednej strony piękne i kolorowe zwierzątka, które można było karmić z ręki, z drugiej, niebezpieczne bestie, które rzuciły się na mnie całym stadem. No cóż... podobno zwierzęta znają się na ludziach:P Cały kram można znaleźć w pobliżu wioski Kennett River, przy Koala Cove Cafe (po prawej stronie jeśli jedziecie z Melbourne w kierunku Apostołów). Punkt łatwo zauważyć również dzięki gromadce turystów widocznych z daleka, gapiących się w drzewa :D

Z Kamilem  zaprzyjaźniły się od razy 

Mi też na początku szło nieźle

Później trochę gorzej...


O ile sama Great Ocean Road nie zrobiła na mnie większego wrażenia, o tyle Dwunastu Apostołów naprawdę doprowadziło mnie do tego, że musiałam zbierać szczękę z podłogi. WOW, po prostu WOW! Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w życiu. 
Początkowo skały nosiły nazwę Maciora i świnki, jednak z czasem uznano, że nazwa ta nie jest wystarczająco dobra dla tak pięknego miejsca i zmieniono ją właśnie na Apostołów.
Dwunastu Apostołów to tak naprawdę DZIEWIĘĆ formacji skalnych z wapienia, wypłukiwanych przez fale i wiatr. W 2005 i 2009 roku natura zniszczyła kolejne dwie i obecnie ostało się tylko 7 skał. Jeśli chcecie zobaczyć cud w swoim życiu to warto się więc pośpieszyć i wybrać w to miejsce! 
Niestety skały są tak piękne, że co roku ściągają miliony turystów. Jest więc tłoczno, ciężko się wyciszyć czy nacieszyć w spokoju widokiem, ale i tak zdecydowanie warto!







 


Chcecie więcej Australii? Zachęcam do przeczytania innych wpisów: o Górach Błękitnychnurkowaniu na Wielkiej Rafie, czy Uluru

Piąteczka!


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: