niedziela, 25 listopada 2018

Polsko, jakaś Ty piękna! - krótka wyprawa w Góry Świętokrzyskie.


Za oknem szara, bura jesień. Nie lubię takiej pogody! Ale może i dobrze, że w końcu zawitała, bo mam do nadrobienia trochę zaległości na blogu. Prawdę mówiąc słońce, możliwość jazdy na rowerze i spędzania czasu na świeżym powietrzu  nie skłaniała do pisania.
Skoro widok za oknem nie jest najlepszą wizytówką Polski, postanowiłam wrócić w tym wpisie do pięknej majówki w Górach Świętokrzyskich. Krótki, trzydniowy wyjazd w jeden z najmniej docenianych obszarów Polski.



Z samego rana wsiadamy w samochód i już po dwóch godzinach jesteśmy w miejskim sercu  Gór Świętokrzyskich, czyli w Kielcach. Po szybkim rozpakowaniu ruszamy na rekonesans po mieście, które, muszę przyznać, było dla nas pozytywnym zaskoczeniem. Urokliwy ryneczek, przyjemny deptak na ulicy Sienkiewicza czy wspaniałe zabytki (Pałac Biskupów czy Bazylika NMP, której początki sięgały XII w. ) czynią to miejsce dobrym i dla grupy przyjaciół, rodzin z dziećmi jak i miłośników historii. Ci, co chcą poobcować z naturą również mogą znaleźć coś dla siebie, bez konieczności opuszczenia miasta. Rezerwat przyrody Kadzielnia jest największym skupiskiem jaskiń w regionie. Nam niestety nie udało się do nich zajrzeć :( nie wiadomo dlaczego były zamknięte. Skorzystaliśmy zatem z uroków natury wokół i udaliśmy się na całkiem przyjemny spacer po ścieżkach i wzniesieniach Kadzielni. 

Tablice Mojżeszowe w Kadzielni






Po szybkim odhaczeniu Kielc ruszyliśmy w główny cel naszego wypadu w Góry Świętokrzyskie czyli... w Góry Świętokrzyskie :) W porównaniu do naszych ukochanych Tatr, nie są one zbyt duże i wymagające. Co nie oznacza, że się nie zmęczyliśmy. Podjęliśmy się 17 km trasy w 30 kilku stopniowym upale! Początek trasy to miejscowość Święta Katarzyna i XV w. klasztor Bernardynek. To był chyba jedyny wymagający, a raczej bardziej stromy fragment trasy. Trzeba bowiem podejść na Łysicę, czyli najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich (612 m. n.p.m.). Dla nas ta trasa była  uciążliwa ze względu na tłum turystów. Momentami było bardzo tłoczno, czego my z Kamilem za bardzo nie lubimy. Całe szczęście, większość turystów "finiszuje" przy krzyżu na szczycie i nie wielu z nich rusza w dalszą trasę. My oczywiście ruszamy :) Po chwili idziemy już samotnie przez las, słuchając śpiewu ptaków i delektując się naturą, tylko czasami mijając jakiś ludzi. Ścieżka prowadzi do  karczmy w Kakoninie, gdzie można uzupełnić zapasy wody i zjeść coś smacznego. 












Z Kakonina wchodzimy już na niezalesioną część trasy. Można jednak podziwiać piękne chatki i ukwiecone mleczami pola. Uczta dla oczu!
Ostatni punkt trasy to Święty Krzyż (Łysa Góra), czyli klasztor benedyktynów, w którym znajduje się podobno drzewo z Krzyża Świętego. Dawniej dla katolików było to sanktuarium ważniejsze  od Częstochowy. A i data założenia jest imponująca - podobno założył je pierwszy król Polski Bolesław Chrobry. 
Jak cały region Gór Świętokrzyskich również i to miejsce pełne jest legend. Moja ulubiona legenda to ta o Emeryku, który żołnierzem był odważnym, ale człowiekiem pysznym. Uważał się on za najbardziej pobożnego na ziemi, a pielgrzymkę do klasztoru postanowił odbyć na kolanach. Kiedy podczas wspinania rozległy się w okolicy dzwony, stwierdził, że to na jego cześć i za tę pychę został surowo pokarany - zamienił się w kamień. Postać Emeryka można podziwiać przy zejściu z Łysej Góry.





Jedynym problem jaki napotkaliśmy podczas całego dnia okazał się powrót. Busy, które miały czekać po drugiej stronie Góry nie przyjechały i musieliśmy łapać stopa. Był to najszybszy stop świata, bo już po minucie złapaliśmy samochód. I to Panią Przewodnik, która poopowiadała nam jeszcze więcej ciekawostek o regionie! 


Ostatnim miejscem, które po prostu trzeba odwiedzić podczas pobytu w Świętokrzyskich jest Zamek w Chęcinach z niesamowitym widokiem na okolicę, historycznymi murami i armatami oraz mnóstwem atrakcji w środku (od strzelania z łuku po mierzenie zbroi i zakuwania w dyby). 





Polecam, polecam i jeszcze raz polecam! Szczególnie na wiosnę, gdy wszystko budzi się do życia i łąki i pola są zielono - żółte. Chociaż lokalsi mówili, że najpiękniej jest jesienią. 
Jesienią nie byłam, ale może to będzie pretekst do kolejnej wyprawy w Góry Świętokrzyskie!

Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

sobota, 3 listopada 2018

Góry Błękitne - czym przebiły Nową Zelandię?


Ci co mnie znają, wiedzą jak bardzo kocham góry. Wpis ten jest może trochę tendencyjny, bo to kolejny o miejscach, które mi się podobały. Ale obiecuję następnym razem będzie o Auckland, także i pochwał będzie znacznie mniej ;)


Góry Błękitne wyrywają z butów! Początkowo w ogóle nie planowaliśmy wycieczki w te strony. Ale poczytawszy trochę o łatwym dojeździe z Sydney, postanowiliśmy poświęcić jeden dzień na to miejsce. I się nie zawiedliśmy! Ze spokojnym sumieniem mogę powiedzieć: Góry Błękitne podobały mi się bardziej niż Nowa Zelandia.





Góry Błękitne to część Wielkich Gór Wododziałowych, a swoją nazwę zawdzięczają eukaliptusom, które rosną na zboczach i wydzielają specyficzne olejki. Te niewysokie górki (najwyższy punkt to 1111 m n.p.m.) zachwycają przestrzenią, kanionami, poszarpanymi zboczami, zapierającymi dech w piersiach wodospadami,  jeziorkami i... wszędobylskimi cykadami. No dobra cykady po dłuższej chwili są trochę męczące. Tak naprawdę zastanawiałam się czy nie ogłuchnę :P ale jakoś udało mi się przeżyć.





Góry Błękitne to łącznie 140 km tras. Można więc zaplanować sobie wycieczkę odpowiednią do stopnia zaawansowania i możliwości czasowych. My ze względu na ograniczenia czasowe wystartowaliśmy spod najbardziej znanej formacji skalnej w Górach Błękitnych, czyli spod Trzech Sióstr. Jest to najbardziej zatłoczone miejsce, więc zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy szybko w dalszą drogę, żeby odciąć się od rzeki turystów, którym nie chciało się iść dalej (po jednej fotce wsiadali do autobusu, by jechać do kolejnego punktu widokowego). My z punktu Echo Point ruszyliśmy przez Prince Henry Cliff Walk do Katoomba Falls. Nie jest to ciężka ani długa trasa. A będąc jeden dzień w Blue Mountains warto przejść chociaż ten kawałek. Na mecie zobaczymy naprawdę niezłe wodospady :)

Najbardziej znane miejsce Gór Błękitnych - Trzy Siostry




Jak dojechać w Góry Błękitne:

Góry Błękitne położone są zaledwie 100 km od Sydney. Nie opłaca się wykupienie zorganizowanej wycieczki. Lepiej zorganizować sobie wyjazd na własną rękę, bo dojazd jest naprawdę łatwy. Z Sydney (Stacja Centralna) kursują pociągi do Katoomby, a dojazd trwa tylko dwie godziny. W Katoombie podążamy za tłumem i idziemy na przystanek autobusowy prosto na szlak Gór Błękitnych (pod Trzy Siostry i Echo Point). Warto zaplanować sobie wyjazd w niedzielę. Z kartą Opal zapłacimy tylko 2,5$ zamiast 16 $ :)





Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

niedziela, 14 października 2018

Stówka w kieszeni? Ruszaj do Lwowa! - o przygodach jakie spotkały nas przez weekend


Lwów - miasto, o którym dużo słyszałam - piękne, klimatyczne, idealne dla rodzin czy na wieczór panieński. W sieci jest mnóstwo informacji o tym co zobaczyć i gdzie zjeść (polecam blog Gdzie Wyjechać czy Kawiarniany). Stwierdziłam jednak, że nie będę powielać tych wpisów. Chciałabym przedstawić własne spojrzenie na Lwów - bez opisu zabytków, za to z moimi miejscami i jak zwykle - z przygodami ;)



Lwów to idealne miejsce dla osób nie mających dużo gotówki. Tam po prostu jest tanio!:) Za 1 nocleg i przejazd w dwie strony zapłaciliśmy... 100 zł! :) Tak, tak - tyle wyniósł nas weekend w tym magicznym mieście (do tego oczywiście wymiana).

Wracając jednak do przygód...
Musicie dokładnie rozważyć środek transportu. Samoloty są drogie, samochody narażone na ciężkie warunki drogowe po stronie ukraińskiej, a autobusy? No właśnie. My zdecydowaliśmy się na autobus. Byliśmy jedynymi Polakami. Pozostałe osoby to Ukraińcy. Przed nami była cała noc w podróży. Myśleliśmy więc, że będzie to autobus typu Flix Bus - z dobrze oznaczonymi miejscami, łazienką, może nawet z ekranikami na siedzeniach. Niestety, jeśli spodziewacie się tego typu autobusu, to będziecie rozczarowani. Autobus przypominał PKS sprzed 20 lat. Dodatkowo na naszym bilecie widniał numer 36, a miejsca w autobusie kończyły się na numerze 26. Całe szczęście w drodze na Ukrainę nie było problemu - zajęliśmy wolne miejsca i podróż, mimo, iż w niekomfortowych warunkach, minęła dosyć znośnie. Gorzej było w drodze powrotnej. Chociaż przyszliśmy jako pierwsi... nie mieliśmy gdzie siedzieć! Okazało się, że wszystkie miejsca były zajęte przez ludzi jadących z wcześniejszych miast. Całe szczęście ustąpił nam drugi kierowca, który poszedł spać pod pokład. Ale to nie koniec! Do całej wesołej gromady i pełnego autobusu dołączyło jeszcze dwóch pasażerów! Musieli siedzieć na schodach, na co oczywiście się zgodzili. Problem pojawił się na granicy, kiedy kierowcy bez żadnego skrępowania kazali wyciągnąć im swoje bagaże i wepchnęli ich do jakiś prywatnych aut. Oczywiście po przejściu granicy wrócili oni do naszego autobusu. Czekali na nas tylko... 5 godzin i to w deszczu. W tamtym momencie zastanawiałam się czy tak samo postąpiono by z nami, gdybyśmy weszli do autobusu ostatni.


Specyficzne pojazdy to nie tylko autobusy, ale również stare samochody na ulicach...

…lub dachach restauracji (Tu: Dom Legend)

Stare tramwaje zmienione są na knajpy.

Miejsca, które z czystym sercem mogę polecić

Wszystkie miejsca z blogów i przewodników, w tym Cmentarz Orląt Lwowskich czy wizyta w Operze, to oczywiście miejsca, których ominąć nie wolno. W Internecie znajdziecie też wiele wpisów o wymyślnych knajpach lwowskich. Każdy może sobie wybrać coś dla siebie: od perwersyjnych miejsc, do fabryk kawy i alkoholi. Mi najbardziej podobały się: 

Śniadanie u Baczewskiego - bajka! Tylko rzeczywiście musi to być śniadanie! Dlaczego? A no dlatego, że płaci się 16 zł i je się ile chce. W cenie różnego rodzaju słone i słodkie przysmaki, kawa, słodycze, lampka szampana lub wódeczka Baczewskiego. A wszystko przy akompaniamencie muzyki na żywo i śpiewających kanarków. Naprawdę niesamowity klimat!

Wybierając się do Baczewskiego nastawcie się na długie kolejki

Czekając w kolejce można zajrzeć do sklepiku z wódeczką Baczewski




Do wyboru, do koloru! Bierz co chcesz i ile chcesz!

Apteka u Mikolascha - nie potrafię zdecydować, które miejsce podobało mi się bardziej: Mikolasch czy Baczewski! Tutaj również zajrzeliśmy na śniadanie, bo z apteką to miejsce wiąże już tylko historia. Dawniej najlepsza apteka w mieście prowadzona przez lubianego przez wszystkich farmaceutę. Dzisiaj restauracja przyciągająca tłumy szeroką ofertą śniadaniową, bogatą wystawą tortów i ciast, no i przede wszystkim klimatem! Uwaga jednak na torty - ceny podane w galerii to cena za 100g. Finalna cena jest trzykrotnie większa. My daliśmy się  nabrać, chociaż przy ukraińskich cenach finalny rachunek i tak dało się przeżyć.

Przed wejściem do Mikolasha

Wnętrze nawiązuje do dawnej apteki.


Tajemnicze podwórko zabawek - natknęliśmy się na nie przez przypadek, kiedy schodziliśmy z Wzgórza Zamkowego w kierunku Rynku (ul. Kniazia Lwa 3). Kamil chciał się napić wody, ja zaczęłam rozglądać się po okolicy i nagle naszym oczom ukazało się dziwne podwórko z zabawkami. Miejsce trochę jak z horroru. Pluszaki pomazane markerami, rozprute, brudne... ale miejsce ma swój klimat. Po powrocie do domu próbowałam znaleźć jakieś informacje na ten temat. Niestety nie jest znana historia powstania tego miejsca. W kamienicy mieszkają normalni ludzie. A może w jednym z mieszkań kryje się jakaś tajemnica... może lepiej nie wiedzieć.









Co mnie zaskoczyło we Lwowie?

1. Największym zaskoczeniem była chyba uczciwość ludzi. W popularnych marszrutkach (transport publiczny, mini busiki rozwożące po mieście) bilety kupuje się na wejściu poprzez zapłacenie kierowcy. Tłok jest tak duży, że czasami nie ma szans na osobiste wręczenie pieniędzy. Pieniądze wędrują z rąk do rąk i trafiają do kierowcy. Podobnie jest z  wydawaną resztą. My podaliśmy 100 hrywien ( bilet kosztował 5 hrywien, a  reszta wróciła do nas co do hrywienki. Na gapę też nikt tam nie jeździ.

2. Ludzie nie znają swojego miasta i nie potrafią korzystać z Google Maps. Wyjazd zorganizowaliśmy na spontanie. Stwierdziliśmy, że nie drukujemy map, a o drogę będziemy pytać miejscowych. Niestety nie umieli nam wskazać ulic czy kierunków. Co więcej kiedy byliśmy spóźnieni na autobus powrotny, poprosiliśmy dwie młode osoby o sprawdzenie trasy w Google Maps, niestety, żadna z nich nie potrafiła nam pomóc...Jak to mówią: umiesz liczyć, licz na siebie

Z map Google nie umieją może korzystać, za to dowody drukować potrafią:P
3. Obalamy mit nienawiści polsko - ukraińskiej. Jak wiadomo Lwów jest kością niezgody pomiędzy Polakami, a Ukraińcami. Nas, mimo, iż mówiliśmy cały czas po polsku, nie spotkała żadna przykrość ze strony ukraińskiej. Wszyscy starali się być bardzo pomocni i mili.

A Wy? Nie macie co zrobić ze stówką? Ruszajcie do Lwowa! :) Polecam.

Autobusy: busfor.pl
Hostele/hotele od 15zl za noc : booking.com lub airbnb (by uzyskać zniżkę na airbnb wklejacie link https://www.airbnb.pl/c/jwlodarczyk4?currency=PLN


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: