piątek, 6 lipca 2018

Nowy Jork czy Sydney? Subiektywne starcie tytanów!

STOP!
Zanim przeczytacie ten wpis dalej, odpowiedzcie na pytanie: Do którego miasta byś się wybrał mając do wyboru Nowy Jork i Sydney? Nie można odpowiedzieć, że do obu!
Założę się, że większość z Was wybrała Nowy Jork. Dlaczego? Bo więcej o nim wiemy, bo znamy go z filmów, bo jest najlepszy! Czy na pewno? Oba miasta są niezaprzeczalnie cudowne. Dwa najlepsze miasta jakie zobaczyłam w życiu. Na podstawie swoich doświadczeń postanowiłam jednak zorganizować wielkie starcie MISTRZÓW, żebyście wiedzieli, gdzie planować swoje przyszłoroczne wakacje ;)



KATEGORIA: Popularne miejsca

Kolejne zadanie dla Was: jakie miejsca znacie w Nowym Jorku? Nawet Ci mniej zainteresowani będą potrafili wymienić: zielone płuca Nowego Jorku czyli Central Park, budynek "z choinką Kevina" czyli Lower Plaza w Rockefeller Center, czy ten wieżowiec od King Konga czyli Empire State Building. W sumie wymieniać można by było długo, bo kobiety na bank wspomną też o Piątej Alei, a Ci co pamiętają tragedię na World Trade Center - 9/11 Memorial Museum. Popularnych miejsc, tych znanych z filmów lub książek, jest więc naprawdę dużo.

Widok z Empire State Building



Rockefeller Center


Times Square

Jeżeli chodzi o Sydney to jedzie się tam najczęściej w jednym celu: ZOBACZYĆ OPERĘ. To najbardziej popularne miejsce, kojarzone przez wszystkich. Dopiero po dotarciu do Sydney okazuje się, że znamy też, umiejscowiony naprzeciwko Opery, Harbour Bridge. I tyle. Mimo, iż Sydney ma do zaoferowania o wiele więcej niż tylko te wyżej wymienione miejsca, to po odhaczeniu Opery wielu turystów uważa, że może opuścić Sydney, bo "zaliczyło" to co najważnie. Rzeczywiście, Opera jest niesamowita i w dzień, i w południe, i w nocy. My byliśmy tam kilka razy dziennie. Najbardziej podobał nam się klimat w nocy, gdzie w przecudnie oświetlonym placu pod Operą, delektowaliśmy się australijskim winkiem i widokami. Przyznaję się bez bicia, że przed wyjazdem do Australii sama nie znałam innych miejsc. Co nie oznacza, że ich tam nie ma! Piękna Starówka - The Rocks, Ogrody Botaniczne, muzea, no i przede wszystkim... plaże! Ale o tym w kolejnym punkcie.








POPULARNE MIEJSCA: 1 punkt dla Nowego Jorku

KATEGORIA 2: Zieleń/ walory naturalne 

Jeżeli chodzi o zieleń, to w Nowym Jork jest jedno, główne miejsce - Central Park. Idealny na śniadanie, obiad i kolację, ale też do uprawiania wszelkiego sportu, gry w szachy, zabawy z psem i całej masy innych aktywności. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka zielonych miejsc, ale nie oszukujmy się - Nowy Jork nie bez przyczyny nazywany jest miejską dżunglą - kojarzy się głównie z betonem i wieżowcami.

Beton, beton, beton- wszędzie on! Ale mi to nie przeszkadzało;)

Chwila odpoczynku w Central Parku

Widok z Central Parku na Manhattan
Inaczej ma się sprawa z Sydney. Owszem, jest to największe miasto Australii, owszem posiada wieżowce. Wszystko jednak jest wkomponowane w morze zieleni i kwiatów. Dodatkowo w granicach Sydney znajduje się kilka parków narodowych. Tam naprawdę czujesz się jak w raju. Kiedy dodamy do tego wszędobylski błękit Pacyfiku i przepiękne plaże wychodzi nam miasto idealne. Nic dziwnego, że Sydney bije rekordy w rankingach na najlepsze miejsce na ziemi. TAM CHCE SIĘ ŻYĆ!










ZIELEŃ/WALORY NATURALNE: 1 punkt dla Sydney

KATEGORIA 3: Atmosfera miasta

Do znanych miejsc w Nowym Jorku można dopisać też warstwę emocjonalną. Chodząc ulicami Nowego Jorku czuć klimat "Przyjaciół", w głowie cały czas szumi "Empire State of Mind" Jay'a Z i Alicii Keys, a serce z emocji bije Ci bardzo szybko, bo wierzysz, że tutaj każde marzenie może się spełnić. Na to nabrałam się i ja. Chodziłam zachłyśnięta atmosferą, bez jasno określonego celu, krzątałam się uliczkami, szczypiąc się co chwilę w rękę i myśląc " nie wierzę, że tu jestem". Ale czy naprawdę się nabrałam? Nie jest to dobre słowo. Bo legendy o Nowym Jorku nie kłamią, on  taki właśnie jest. Tam się po prostu chce być. Może inaczej wygląda życie na stałe, ale mi przez ten tydzień ani przez chwilę nie przeszkadzał pęd, gwar i korki.

Czy dzień, czy noc, ruch i gwar w NY to norma

Chyba każdy kojarzy te wyjścia ewakuacyjne?
Typowy amerykański bar


Jeżeli chodzi o Sydney - pisałam już o Operze? To napiszę jeszcze raz :) Tu nocą toczy się życie towarzyskie tego miasta. Ciepły klimat, świetna muzyka i rewelacyjne wino. Patrzysz każdego dnia na tą samą budowlę i ten sam plac, a nie chcesz wracać do domu...! A za dnia?  Latające nad głową papugi, klimatyczne restauracje, przemyślane miejsca dla rodzin z dziećmi. Jednocześnie na ulicach Sydney jest coś z ulic Nowego Jorku - rytm, dynamiczność, pozytywny hałas oraz ta sama atmosfera ludzi sukcesu, marzeń, luksusu. 



Atmosfera miasta: 1 punkt Nowy Jork  i 1 punkt Sydney

Muszę przyznać, że trochę na początku Was podpuściłam. Kazałam Wam wybierać, a jak przeliczycie punkty w poszczególnych kategoriach to wychodzi remis: 2:2. I dogrywki nie będzie. Nie umiem rozstrzygnąć, które miasto jest lepsze. Nie da się i nie chcę tego robić! Oba te miasta są moim TOP 2, tylko, ze każde z nich ma pierwsze miejsce. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia obu tych miejsc, bo uwierzcie, wcale nie tak trudno zrealizować marzenia :P
W razie czego jestem do dyspozycji!

Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

piątek, 29 czerwca 2018

Angielski weekend z dala od biura i utartych szlaków – East Sussex, Wielka Brytania


Któż z nas nie marzy o chwili wytchnienia, z dala od cywilizacji? Nierzadko dzieje się niestety tak, że podczas wolnego weekendu lub urlopu wyjeżdżamy do popularnych stolic i z podróży wracamy jeszcze bardziej zmęczeni, niż przed urlopem. Dlatego dzisiaj alternatywa! Anielskie widoki Siedmiu Sióstr, bezgraniczne zielone łąki, a także niezapomniany urok pobliskiego Eastbourne. To wszystko co możemy znaleźć w East Sussex, w południowej Anglii. Warto zdecydować się na mniej popularną destynację, by zobaczyć jedno z najpiękniejszych brytyjskich nadmorskich wybrzeży.

Osiem pięknych "Siedem Sióstr"


To tutaj powinniśmy zacząć nasz urokliwy weekend w East Sussex. Osiem klifów, bo tak naprawdę tyle jest tak zwanych Siedem Sióstr, usytuowanych jest pomiędzy dwoma nadmorskimi miasteczkami -  Seaford i Eastbourne. Znajdujące się na terenie parku krajobrazowego Seven Sisters Country Park, zachwycają obecnie już znaczną liczbę turystów, a mimo to, pozostawiają wrażenie niczym niezmąconej przyrody. Sam dojazd do Siedmiu Sióstr jest niemałą atrakcją. Nieważne czym jedziemy, czy samochodem, czy podmiejskim autobusem, trasa jest jedna, a naszym oczom ukazują się zielone łąki, przecinające je rzeczki i znikający gdzieś za horyzontem błękit nieba. 



 Swoją nazwę według legendy zaczerpnęły od siedmiu sióstr, które zbudowały swoje domy pomiędzy wzgórzami. Najwyższy z klifów, Beachy Head o wysokości 164 m, to też największy kredowy  klif na Wyspach.  To co zachwyca najbardziej, to ich piękna biel i niczym niezmącona natura. Jeżeli chcemy uciec od zgiełku i poczuć się niczym Werter, a przy okazji zobaczyć naturę docenioną też przez wielu filmowców, to jest to idealne miejsce.

Rozsądny odpoczynek "w cywilizacji"

Od spacerów i podziwiania przyrody można zgłodnieć i zatęsknić za cywilizacją. Idealnym rozwiązaniem będzie usytuowane w pobliżu Siedmiu Sióstr Eastbourne, miejsce pochodzenia obecnej Premier Wielkiej Brytanii – Theresy May.
Sercem Eastbourne od zawsze było 300 metrowe molo z kawiarenkami i atrakcjami dla i turystów. Niestety molo spłonęło w 2014 roku i nadal toczą się boje o to, kto i w jaki sposób je odbuduje. Nie oznacza to jednak, że Eastbourne nie ma nic więcej do zaoferowania. Wręcz przeciwnie!  90 tysięczne miasto to urokliwe uliczki, szerokie promenady, a także śnieżnobiałe budynki, które są niemalże odzwierciedleniem białych kredowych klifów. To wszystko sprawia, że obok Eastbourne nie można przejść obojętnie.




Miasto pełne jest zieleni i artystycznych kompozycji kwiatowych. Najlepszym sposobem na poznanie Eastbourne będzie spacer promenadą w kierunku Wieży Życzeń, XIX wiecznej fortyfikacji, która miała zabezpieczać przed najazdami Napoleona. Obecnie pełni rolę muzeum, a także punktu widokowego, z którego roztacza się przepiękny widok na okolicę. Eastbourne to również teatry. Dla miłośników sztuki nie lada gratką będą więc miejsca takie jak: Congress Theatre, Devonshire Park Theatre oraz Winter Garden, wszystkie położone niedaleko wybrzeża.



Łatwa droga do East Sussex

Do East Sussex bardzo łatwo się dostać zarówno z Londynu, jak i popularnego Brighton. Z Londynu można tu dojechać autobusem lub pociągiem. Ceny zaczynają się już od 9$, a podróż trwa 1,5-2 godziny. Z Brighton natomiast kursują bezpośrednie autobusy i dotrzeć możemy nawet w cenie biletu miejskiego.



Jeżeli wpis okazał się przydatny albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

czwartek, 24 maja 2018

O nurkowaniu na Wielkiej Rafie Koralowej - jak omal nie zemdlałam pod wodą

Z rafą koralową miałam styczność już nie pierwszy raz. Wcześniej zdarzało mi się snorkellingować (pływać z rurką) na przykład w Tajlandii. Wielka Rafa Koralowa zawsze wydawała mi się czymś niesamowitym, jednym z Cudów Świata. Był to więc obowiązkowy punkt programu, którego nie mogłam odpuścić. Jeszcze w Polsce przeszukałam najciemniejsze zakątki Internetu, żeby znaleźć najlepszą i najtańszą opcję, która gwarantowała cały dzień atrakcji i nie posiadała ukrytych kruczków (sporo ofert nie wliczało posiłków, wypożyczenia sprzętu itp). W końcu się udało! Wykupiliśmy wycieczkę, a na miejscu musieliśmy  już tylko znaleźć odpowiednią łajbę :P


Wielka Rafa Koralowa nie znajduje się przy brzegu któregoś z australijskich miast, ale na Wielką Rafę Koralową trzeba oczywiście dopłynąć. My wybraliśmy wyprawę z Cairns. Był to super punkt postojowy ze względu na bliskość lotniska, a także innych atrakcji np. dżungli, o której możecie przeczytać TUTAJ.


W drodze na Rafę

...ciągle w drodze. Rafa jest oddalona od Cairns
Wszystkie wyprawy wyruszają z portu w Cairns, ale dzięki dobrym oznaczeniom stanowisk nie mieliśmy  problemu, żeby znaleźć naszą łódź. Już na wejściu otrzymaliśmy stos papierów do podpisania: że jesteśmy sprawni, świadomi ryzyka i na własną odpowiedzialność schodzimy pod wodę. Muszę przyznać że ten stos papierów trochę mnie przeraził. Zaczęłam się zastanawiać czy to całe nurkowanie nie zagraża naszemu życiu. Jak się później okazało, takie wyprawy nurkowe nie do końca są legalne (i stąd też pewnie zabezpieczające papiery). Przed jakimkolwiek zejściem pod wodę powinniśmy odbyć kilkugodzinne szkolenie. Te nasze trwało 20, no może 25 minut, podczas rejsu łódką. Niemniej jednak wtedy o tym nie wiedzieliśmy.

Spoglądam na Rafę


Podczas  wyprawy świetnie się bawiliśmy

Cała wyprawa była bardzo fajna. Nasi przewodnicy byli bardzo towarzyscy i co chwila częstowali nas jedzeniem i piciem oraz opowiadali zabawne historie o życiu w Australii. W końcu dopłynęliśmy na docelową łódź. Tak, tak... na docelową. Z naszej małej motorówki musieliśmy się przesiąść na olbrzymią łódź, która była zacumowana w konkretnym punkcie. Każde biuro podróży zajmujące się organizacją takich wypraw, miało swój kawałek Rafy tylko tam uczestnicy danej wyprawy mogli nurkować. Otrzymaliśmy pianki, butlę, płetwy i ostatnie instrukcje jak należy zachowywać się pod wodą wodzie. Szczerze powiedziawszy te 20 minut teoretycznych lekcji było dla mnie  niewystarczające, by mieć pełną świadomość jak należy zachowywać się w wodzie. Dodatkowo nasz przewodnik już zajmował się pierwszymi śmiałkami wskakującymi do wody. Całe szczęście na dużej łodzi spotkaliśmy polską parę, która już w nurkowaniu była zaprawiona, i która poinstruowała nas jak należy oddychać oraz zachowywać się na Rafie. 

W oczekiwaniu na swoją kolej...uśmiech trochę nerwowy

Zdjęcie zrobione podczas snorkellingu. Ok 1 metr głębokości...

...na nurkowanie aparatu zabrać nie mogliśmy

Instruktor sprowadzał nas pojedynczo i w końcu przyszła moja kolej. Z lekką niepewnością popłynęłam w dół na głębokość dwóch może trzech metrów na belkę, przyczepioną linami do naszego statku. Tam mieliśmy odbyć kolejną część szkolenia, czyli zaprzyjaźnić się z głębokością. Po sprawdzeniu czy sprawnie oddycham pod wodą i czy wszystko ze mną jest OK, przewodnik chciał  mnie zostawić, by popłynąć po kolejną osobę. No i tu zaczęły się schody. O ile z oddychaniem nie miałam problemu, o tyle z otaczającą mnie głębią już tak. Za nic nie chciałam puścić przewodnika na górę, pokazując znakami, ze nie jestem gotowa. Zdałam sobie jednak sprawę, że jeżeli nie popłynie na górę po resztę (w tym po Kamila) to cały czas, który mieliśmy na kurs przepadnie. W końcu pokazałam okejkę i przewodnik popłynął na górę. Zostałam na belce. Świat zaczął wirować mi przed oczami, nie słyszałam nic oprócz swoich głośnych oddechów regulowanych sprzętem tlenowym. Pulsowała mi głowa i miałam wrażenie, że za chwilę zemdleję. W tej krótkiej chwili zaczęłam się nawet zastanawiać czy jak zemdleję to zacznę spadać w dół czy jednak nie do końca wypompowane powietrze w butli (wybaczcie brak profesjonalnego nurkowego słownictwa) uniesie mnie do góry a może zostanę w miejscu? Kiedy było już naprawdę źle, spojrzałam w lewą stronę. Z tego wszystkiego zapomniałam, że przede mną w dół spłynął jeszcze jeden kursant. Rozpaczliwie, jak psychopatka, zaczęłam się mu przyglądać, bo widok innej osoby obok mnie podtrzymywał mnie na duchu. Uspokoiłam się w momencie, kiedy pojawił się instruktor z Kamilem. Teraz czułam się już jak ryba (Korpopirania) w wodzie hehe :P. Byłam gotowa na zejście niżej!  Kiedy cała czwórka uczestników wpłynęła na belkę i wszyscy przyzwyczailiśmy się do wody, instruktor pokazał że schodzimy niżej (mieliśmy zejść maksymalnie na 15 metrów). 


To ja czy Kam? Sami już nie wiemy :P
 

Tak naprawdę dopiero teraz zaczęłam podziwiać otaczający mnie świat - kolorowe rybki i nieznane wcześniej rośliny. Jedyną uciążliwością były co chwila zatykające się uszy. Ale na to nasi instruktorzy mieli świetny sposób - dmuchnąć z całych sił zatkanym nosem. Niestety kolejnym dowodem prowizorki całego kursu była sytuacja, w której jeden z naszych arabskich znajomych  nie potrafił pływać z płetwami, a nasz instruktor zamiast go zawrócić, chwycił za tył butli i ciągnął jeszcze niżej.  Jednak dzięki temu i nasz przyjaciel był w stanie zobaczyć podwodny świat :P.


Po około pół godziny wypłynęliśmy na powierzchnię. Kurs się zakończył. Nasza wycieczka jednak trwała dalej. Przez kolejne kilka godzin mogliśmy podziwiać podwodny świat za pomocą  rurki (snorkelling). Snorkelling jednak nie zrobił na nas wrażenia. Rybki, które pływały tuż pod powierzchnią wody nie były tak kolorowe jak chociażby te w Tajlandii... szkoda.  

Legalna czy nie, cała wyprawa i kurs nurkowania bardzo nam się podobały.  Szkoda tylko, że go-pro nie pozwolili zabrać pod wodę.. Wiadomo ... uwiecznilibyśmy te wszystkie nieprawidłowości



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!


https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: