niedziela, 6 maja 2018

Magia na środku pustyni - Uluru i Kata Tjuta

W każdym kraju jest takie miejsce, którego ominięcie jest grzechem. Do takich miejsc należy Park Narodowy Uluru-Kata Tjuta. Jedni są nim zachwyceni, inni uważają, że nie ma co się pchać tyle kilometrów na środek pustyni, żeby zobaczyć leżącą skałę. My jednak musieliśmy przekonać się na własne oczy i nie zawiedliśmy się!


Uluru (Ayers Rock) to monolit, czyli pojedynczy twór skalny (obecnie naukowcy spierają się czy rzeczywiście Uluru jest monolitem) na środku Australii, popularny dzięki swojej umiejętności odbijania światła słonecznego. Dzięki temu zachwyca różnorodnością barw podczas wschodów i zachodów słońca. Jest to również święta skała Aborygenów, gdzie nie tylko oddawali kult swoim bóstwom, ale również wiedli żywot i chowali się przed zwierzętami. Kusi swoim kształtem wielu turystów, którzy mimo nieoficjalnego zakazu, próbują się na nią wspiąć. Niestety dla niektórych kończy się to śmiercią.

Zachmurzone Uluru i tak robi niesamowite wrażenie
Monolit jest bardzo zróżnicowany w swojej strukturze. W takich grotach mieszkali Aborygeni.

Wejście na Uluru. O ironio! Zakazują wspinania, a szlaki budują.

Kata Tjuta (The Olgas) to sąsiadki Uluru. Nazwa oznacza "wiele głów". Również i te formacje skalne są święte dla Aborygenów. Dawniej odbywały się tu aborygeńskie ceremonie czy kary na złoczyńcach np. za zbrodnie przeciw kobietom. 
Ziemia obiecana? Prawie! To Kata Tjuta.
Mimo odległości i ceny warto włączyć ten punkt w plan zwiedzania Australii. A drogo tu  jak choler* (mimo, iż komfort pozostawia wiele do życzenia). My na miejsce docieramy promocyjnymi lotami linii Jetstar (warto posiadać członkostwo w klubie). Wybór noclegu nie jest zbyt skomplikowany. Tutejszy kurort Ayers Rock Resort ma monopol na noclegi. Można sobie wybrać opcję spania, ale nawet ta najtańsza jest droga. My decydujemy się na pokój czteroosobowy - prawie najtańszą opcję. Zresztą w pokoju i tak za wiele się nie przebywa, bo z samego rana wyjeżdżamy na wschód słońca, a wieczorem na zachód.  Najlepszą opcją na zwiedzanie jest wypożyczenie samochodu. Trzeba to zrobić z wyprzedzeniem, bo tu na miejscu już wszystko zarezerwowane. Nam do kompletu udaje się zgarnąć dwóch nieznajomych Polski, którzy szybko stają się naszymi znajomymi i udają w każdą podróż:) 

Punkty widokowe pod Uluru - inne na wschód i inne na zachód słońca

Krajobraz wokół Uluru nie zawsze jest pustynny. 

10 kilometrów wokół góry z czasem zaczyna się dłużyć...

...zupełnie inaczej jest na Kata Tjuta. Tu widoki co chwilę zachwycają.

Z samego rana jeszcze nie było tak gorąco - szlaki Kata Tjuta
Niestety/stety pogoda nam nie sprzyja. Słońce jest za chmurami i wschód słońca nie za bardzo się udaje. Jest to niezwykłe zjawisko, bo codziennie leje się tu żar z nieba. Mogłoby się wydawać, że mamy pecha. A tu wręcz przeciwnie! Dzięki takiej pogodzie ("tylko 32 stopnie") udaje się nam przejść szlak Kata Tjuta (który jest zamykany podczas upałów) oraz 10 km trasę wokół Uluru! Mnie urzekło Kata Tjuta. Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w życiu. Dech zapiera szczególnie po wejściu na szczyt.

Na sam koniec powiem, że na Uluru warto poświęcić 3 dni - przyjechać z samego rana pierwszego dnia, spędzić kolejny dzień na wędrówce i wyjechać 3 dnia . Dzięki temu nawet jeśli pierwszego dnia nie uda się nam zobaczyć wschodu słońca, uda się kolejnego :)


Zdjęcia powyżej zostały zrobione o 5:00 rano. Jeszcze chłodno, za chwilę miało być 40 stopni :) 
Podczas wyprawy do Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta nie wypoczęliśmy. Codzienne pobudki o 3:30, powroty z zachodów słońca... to dawało ok 3/4 godzin snu. Jak na miesiąc miodowy to mało:P My jednak nie żałujemy ani jednej nieprzespanej minuty. 



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

środa, 11 kwietnia 2018

Nieoczywiste atrakcje Wrocławia

Nie znam chyba osoby, która była we Wrocławiu i nie zachwyciła się tym miastem. Lista atrakcji jest naprawdę dluga: Rynek, Ostrów Tumski, zoo, Panorama Racławicka...  Ja spacerując po Wrocławiu postanowiłam poszukać tych nieoczywistych miejsc, o których nie piszą w przewodnikach. Muszę przyznać że nie zawiodłam się! Udało mi się odkryć parę dobrze ukrytych perełek Wrocławia.



1) Biskupin

Nie, nie chodzi o tą znaną osadę w Biskupinie, chociaż słysząc pierwszy raz tę nazwę przyszło mi to na myśl. Biskupin to również dzielnica Wrocławia. Łatwo do niej dotrzeć, bo znajduje się na pętli tramwajowej nr 2. Jeżeli Londyńczycy mają swoje Notting Hill,  to Wrocławianie mają właśnie swój Biskupin. Wąskie uliczki i urokliwe domki nie są mniej atrakcyjne niż te brytyjskie. 




2) Murale na Roosevelta i Jedności Narodowej

Kto by pomyślał, że szare bezpłciowe kamienice będą skrywać w podwórzu magię jaką są kolorowe murale namalowane przez mieszkańców osiedla? Właśnie taką sztukę znajdziemy na skrzyżowaniu Roosevelta i Jedności Narodowej. Wystarczy wejść przez bramę i przenieść się do kolorowego świata. A wszystko zaczęło się od Ośrodka Kulturalnej Animacji Podwórkowej (OKAP). Zaprosili oni mieszkańców kamienicy do udziału w warsztatach malarskich, garncarskich i wszelkiego rodzaju sztuki. Okazało się, że mieszkańcy mają niezwykle talenty i z chęcią wykorzystają je do odmienienia otaczającej ich szarej rzeczywistości. I tak na ścianach pojawiła się Frida Kahlo, Munch, malowidła egipskie, ale także słynne Polki czy ukochany klub piłkarski. Niesamowite, że udało się namalować takie dzieła sztuki na ścianie kamienicy!






3) Podwórko przy Kościuszki

Wrocław ewidentnie lubi skrywać swoje perełki wewnątrz osiedli, bo kolejna atrakcja również była schowana w podwórzu kamienicy. Chodzi o podwórko przy ulicy Kościuszki 160. Dostać się na podwórze nie jest tak łatwo, bo wejście blokowane jest przez domofon. Trzeba więc czekać, aż pojawi się jakiś mieszkaniec i otworzy drzwi. W środku znajdziemy lustro położone na podłodze. Dlaczego? Dziedziniec kamienicy jest tak mały, że mieszkańcy kamienicy nie byli w stanie zobaczyć nieba nad głowami. Ulżyć ich cierpieniu postanowiła artystka Joanna Piaścik z projektem "Świetlik". W lustrze położonym na ziemi bez problemu można zobaczyć niebo - o ile oczywiście lustro jest czyste;)



4) Stare Jatki

To miejsce jest pewnie znane większości z Was, ale muszę o nim napisać, bo bardzo mnie urzekło. Stare Jatki czyli mała uliczka znajdująca się w pobliżu Rynku imponuje wystawami z dziełami sztuki i talentem miejskich artystów. Dawniej była to ulica ze sklepami rzeźniczymi. Stąd też na końcu uliczki znajdziemy pomnik ku czci zwierząt rzeźnych. Mnie, mimo, iż sama nie jem mięsa,  rzeźba trochę rozśmieszyła:) Uliczka klimatyczna, warto odwiedzić! 




Zdecydowanie warto było się oddalić od turystycznych szlaków. Jestem pewna, że Wrocław posiada więcej takich ciekawych miejsc "do odkrycia"  Jeśli takowe znacie, dajcie znać, a na pewno postaram się do nich dotrzeć będąc kolejny raz we Wrocławiu.


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

sobota, 17 marca 2018

Jak przemierzyliśmy Mordor w ekstremalnych warunkach - Tongariro Alpine Crossing


To co poddajemy się? Wertujemy szybko blogi, fora, prosimy o rady. Mimo to nie wiemy co robić. Za oknem leje. Ile czasu jesteśmy w stanie przetrwać przy takiej pogodzie? Z drugiej strony przejechaliśmy pół Nowej Zelandii, żeby zobaczyć jedną z najpiękniejszych tras trekkingowych na świecie. Jeśli nie spróbujemy, będziemy żałować do końca życia. Decyzja zapada - IDZIEMY! Najwyżej zawrócimy. I tym sposobem podjęliśmy wyzwanie rzucone nam przez Tongariro Alpine Crossing.


Tongariro Alpine Crossing to 20 km szlak turystyczny położony na terenie wulkanicznym w Parku Narodowym Tongariro. Składa się z trzech aktywnych wulkanów  Ruapehu,  Ngauruhoe i Tongariro.Swoją popularność zawdzięcza niesamowitym widokom oraz szmaragdowym jeziorom. Nas przywitał księżycowym krajobrazem i chmurami.  Ale, ale! Nie żałujemy, bo dzięki temu mogliśmy wczuć się w klimat Saurona, orków i hobbitów. Bo Tongariro Alpine Crossing  to znany wszystkim z Władcy Pierścieni MOOOORDOOOR!:)


Początek trasy - jeszcze się uśmiechamy, bo nie wiemy co nas czeka

Podjeżdżamy samochodem pod wejście główne. Trasa zaczyna się i kończy w różnych  miejscach. Zazwyczaj pod szlak podwożą specjalne (wcale nie tanie!) busiki. Tego dnia z powodu pogody nie było szans na zorganizowany bus. Podejmujemy decyzję, że jedziemy własnym samochodem, zaparkujemy pod wejściem, przemierzymy tylko część trasy i zawrócimy. Parę tygodni wcześniej wprowadzono nową zasadę w parku - samochód nie może być pozostawiony na parkingu dłużej niż 4 godziny. W przeciwnym razie trzeba zapłacić dotkliwą karę. Nie mamy dużo czasu. Ruszamy szybkim krokiem w tajemniczą krainę.



Początek nie jest zły. Szlak wita nas delikatną mżawką. Mamy nadzieję, że się uspokoi. Optymizmem nie napawają też tablice, które mijamy po drodze o specjalnym przygotowaniu do szlaku i niebezpieczeństwie wybuchu wulkanu. Ostatni taki wybuch miał miejsce w 2012 roku. Czytamy ostrożnie wskazówki jak należy postępować w przypadku wybuchu i ruszamy dalej, modląc się, żeby dzisiaj nie zachciało mu się wybuchać;) 
Otaczający nas krajobraz jest naprawdę tajemniczy - ostre, ciemne kamienie, dzika roślinność, bulgoczące źródła, unosząca się mgła i... co najważniejsze zero ludzi wokół. Mamy szczęście - podobno w słoneczne dni szlak jest zawalony turystami, którzy gęsiego zmierzają pod górę. Ciężko w takich warunkach cieszyć się z wędrówki.





 
 Wyżej robi się już tylko ciekawiej. Podejście pod krater jest dla nas nie lada wyzwaniem. Robi się stromo, jesteśmy zatopieni w gęstych chmurach. Deszcz chlapie z każdej strony. Udaje się nam jednak dotrzeć na szczyt. Na górze widoczność spada do zera. Dodatkowo wiatr jest tak silny, że prawie zwiewa Kama robiącego zdjęcia. Podejmujemy decyzję o powrocie. Zdrowie i życie najważniejsze.

Jesteśmy na górze! Zawracamy z powodu ciężkich warunków.

Nie dajcie się zwieść płaskiemu terenowi. To zdjęcie również było robione wysoko - kilka metrów poniżej pierwszego szczytu.

Czy to mogło być jedno ze szmaragdowych jezior?

Kam walczący z wiatrem :P
Powrót nie należy do najłatwiejszych. W butach pełno wody, twarze też zalane deszczem. Całe szczęście kurtki i spodnie Scandiout zdały egzamin i skutecznie chroniły nas przez okropną pogodą. Końcówka wędrówki to była już istna walka o życie. Mimo tego, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu daliśmy radę dotrzeć do samochodu. W samą porę! Właśnie nadjeżdżali strażnicy, gotowi do wypisania mandatu za przekroczony o kilka minut czas! Całe szczęście byliśmy już przy samochodzie!

Dobrze będziemy wspominać ten dzień! Mimo chmur, deszczu i gradu takich księżycowych krajobrazów długo nie zapomnimy! To co następnym razem prawdziwy księżyc? :P


Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share:

piątek, 2 marca 2018

Coming out na temat zorganizowanych wyjazdów młodzieżowych - RODZICU przeczytaj nim wyślesz dziecko!

"Twoja mama to była wyluzowana" - usłyszałam ostatnio od koleżanki, z którą rozmawiałyśmy o naszych podróżach za młodu (Basiu pozdrawiam;). Tak naprawdę moja mama puszczając mnie na wyjazdy nie wiedziała jak one wyglądają (w wielu przypadkach dowiaduje się o moich przygodach dopiero z tego bloga. :D).  I dzięki temu udało mi się przeżyć to, co przeżyłam.
Pamiętam jak dzisiaj moment, kiedy mając paręnaście lat zakomunikowałam mamie, że za oszczędzone przez lata pieniążki chcę wyjechać na kurs językowy do Anglii: "to wyjazd grupowy, tam będą opiekunowie, trzeba szkolić język, buduję swoją przyszłość" i wiele innych, podobnych do tych argumentów. Po namowach w końcu się udało! Wsiadłam w autobus - oczywiście z opiekunem- i ruszyłam w pierwszą podróż życia. Ale kochani rodzice, którzy mnie czytacie - to nie tak wyglądają zorganizowane wyjazdy!

Kursy językowe! Świetna sprawa! Ale jak takie wyjazdy wyglądają naprawdę?
Pierwszy mój samodzielny wyjazd to kurs językowy w Oxfordzie. Sam kurs językowy rzeczywiście odbywał się w Oxfordzie, wiele osób było tam też zakwaterowanych. ALE! Nie wszyscy. I tak np. ja zostałam zakwaterowana w małej mieścince 45 min od Oxfordu. Część z Was pewnie powie "i w czym problem?". Dotarcie miejskim autobusem z jednej miejscowości do drugiej może rzeczywiście nie jest mocno skomplikowane, ale pamiętajmy, że byłam nastolatką, uczącą się dopiero obcego języka. Obraz zmienia się jeszcze bardziej jeśli zajęcia integracyjne kończą się o 22:00, a Ty musisz dotrzeć do domu. Nocą. Sama. Rzeczywiście robi się ciężej. Opiekunowie mają niby wszystko pod kontrolą, ale tak naprawdę dzieciaki czy młodzież są skazani tylko na siebie.
I tak: na zajęcia dojeżdżaliśmy sami, do domu wracaliśmy sami, czas wolny, o ile nie było zajęć zorganizowanych, spędzaliśmy sami. Dla nas to raj, ale pytanie czy moja mama, by się zgodziła wiedząc jak to wygląda?

Moje pierwsze dni nie były łatwe. Cały czas się gubiłam, albo wysiadłam z autobusu w złym momencie, albo myliłam drogę (od przystanku trzeba było jeszcze dojść). Ale dzięki temu przeżyłam też kilka przygód - jechałam pierwszy raz autostopem (i to nocą), przeżyłam swoje pierwsze oświadczyny (o tym możecie przeczytać tutaj), ale także... nauczyłam się bardzo wielu rzeczy.

Mapa, bilet, jeszcze jedna mapa. Wszystko musi być pod ręką, kiedy podróżuje się samemu.
 I teraz zdziwię Was pewnie stwierdzeniem, że prawdopodobnie mając dziecko wysłałabym je na taki sam obóz (prawdopodobnie, bo jeszcze nie mam, a sytuacja wszystko zmienia;) ).
Po pierwsze utrwaliłam sobie wszystkie lekcje, o których od dzieciństwa mówili mi rodzice. Gubiąc się w nocy wiedziałam, że nie mogę spacerować po ulicach sama, tylko zaczepić przypadkowo spotkaną kobietę i poprosić o podwózkę samochodem do domu. Szybko zapoznałam się też z innymi osobami z mojego mieszkania (obcokrajowcami! ile to się można nauczyć o innych kulturach!) - dzięki temu umawialiśmy się w Oxfordzie na wspólne powroty, było bezpieczniej, a ja nawiązałam wiele znajomości i podszkoliłam język. Nauczyłam się też radzić sobie z mapą (mimo iż wcześniej była to moja słaba strona), a także z różnymi sytuacjami, które mnie spotykały. 


Nawiązane przyjaźnie potrafią pokonać odległość i czas

Wspólnie było zdecydowanie łatwiej poruszać się po obcym kraju.
Jasne, takie wyjazdy są niebezpieczne, ale warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czy puszczając dzieciaki na kolonie nie narażamy ich na większe niebezpieczeństwo. Sama byłam wiele lat opiekunem i od dzieciaków nasłuchałam się naprawdę ciekawych lub mniej ciekawych historii. Zanim przybyły na nasze kolonie naprawdę działo się wszystko.


Przeżyłam, nic mnie złego nie spotkało i teraz to ja jestem przewodnikiem na wycieczkach bez względu na to, czy jest to Sydney, Nowy Jork czy Chiny. Umiem sobie poradzić niemal w każdej sytuacji i miejscu, ale tego czego nauczyłam się podczas podróży wykorzystuję także w codziennym życiu. 

Decyzja należy do Was, ale ja swoje dziecko zamierzam wypychać na wyjazdy za granicę :)



Jeżeli wpis okazał się przydatny, albo po prostu Ci się spodobał, nie wahaj się i zostaw like'a na FB/followuj na Insta/ skomentuj poniżej. Twoja reakcja na to co robię bardzo mnie ucieszy :) Dziękuję!

https://www.facebook.com/Korpopirania-blog-499040603590564/https://www.instagram.com/korpopirania_blog/

Share: